powrót na stronę główną / zpět na hlavní stránku

 

 

 

ARTYKUŁY / ČLÁNKY

 

 

 

 
   

Kavárna, která chyběla

Každé město, které se chce pokládat za kulturní, má kromě institucí, které jsou nasměrovány k nejširší veřejnosti, také místa setkávání těch, kteří mají ke kultuře užší, těsnější vztah - kluby, poetické kavárny či vinárny, malé scénky. Jestliže jsme divadlem, v němž vedle sebe působí čeští a polští umělci, je logické, že začínáme v našem divadelním klubu česko-polským večerem, v němž se představí českotěšínští tvůrci, jejichž jména již daleko přesáhla hranice našeho města: skladatel, textař a zpěvák Jaromír Nohavica a básnířka, překladatelka, dramaturgyně naší polské scény Renata Putzlacher-Buchtová.

Zveme v našem AVIONU na společnou aviopouť všechny, kdo mají chuť se občas trochu povznést nad zem.

Ladislav Slíva, edice AVION
23.2. 1996

 


Wypełnianie luki

Dokonuje się, podejrzewam, jakiś cieszyński przełom lutowy. W TVP, patrzę, Ballada cieszyńska S. Kubiaka (5 II), w niespełna tydzień później Luz radiowy na ostrawskiej fali (10 II); do tego doszło zaproszenie do literackiej KAWIARNI AVION, KTÓREJ NIE MA (23 i 24 II). Za każdym razem ta sama obsada: Renata, Jarek i gitara. Każdy, kto uważnie słuchał powyższego, zauważył, iż chodzi tu nie tylko o piosenkę z poezją oraz o aktualny luz na granicy. Że idzie tu w zasadzie o przekraczanie progu i próbę odwracania kolei spraw, które mienią się "dziedzictwem" granicy na rzece Olzie. O trzebienie rozbujałego zielska, które nadal pęta się pod nogami.

Rozmawiało się raz przy stoliku na czeskocieszyńskim rynku o literackim fenomenie ostrawskiej Harendy, która stawia na koleżeństwo i przyjaźń. O synowskim przezwyciężaniu wzajemnego zacietrzewienia u ojców i dziadków, o przeciwstawianiu się utartym stereotypom.

Czech Nohavica idzie w swoim rozumowaniu dalej, niż my to potrafimy i niż nam "uchodzi". Zazdroszczę mu dlatego kolejnych dni bez spinającej nas "zaolziańskości". Otóż wracając do warszawskiej "Kultury" sprzed kilkunastu lat przyznał, iż kontakt z bądź co bądź bardziej na ten czas otwartą kulturą polską pozwolił Czechom pogranicza na ośmio-, dziewięcioletnie wyprzedzenie intelektualne w stosunku do tego, co dopiero przyszło po listopadzie 1989. Mówił też, iż co złe, to zazwyczaj się rozmywa, że rzeczy wcześniej czy później wyrównują się w sobie.

Nie pominę jeszcze jednego: Renata Putzlacher, mówiąc w radio o Jarka polonofilstwie, z lekka "potknęła" się o swoje z kolei - czechofilstwo. Otóż to. Czas na wyrównanie emocjonalne obydwu pojęć. Zawsze pochwalaliśmy polonofilstwo u Czechów, każde czechofilstwo u Polaków zaś, nie wiem jak szlachetne, zawsze nas nastroszyło…

Z góry dlatego jestem za przełomem lutowym Jarka i Renaty.

Władysław Sikora, Głos Ludu
Czeski Cieszyn, 24.2. 1996
 


Collage, autor: Władysław Sikora
 

Kawiarnia w teatrze

Znana poetka zaolziańska, Renata Putzlacher oraz muzyk, pieśniarz i poeta, Jaromír Nohavica, zainaugurowali w piątek 23 lutego działalność kawiarni poetyckiej Těšínského divadla w Czeskim Cieszynie. Wieczór autorów i aktorów rozpoczął się o 18.30 w kawiarni AVION (której nie ma).

Dawną przedwojenną kawiarnię zastępuje dziś klub teatralny przy ul. Ostrawskiej 67 i do niego zaprosili organizatorzy imprezy na wspomnienia, poezję, lampkę wina i dużo dobrej muzyki. Wstęp wyniósł 70 koron. Wieczór drugi odbył się w sobotę 24 lutego o godz. 20.

bus, Ruch Teatralny
Gdańsk-Warszawa, 5/1996

 

Z Kavárny AVION, której nie ma…

Vyrostla jsem v tomhle městě. Formovaly mě dvě kultury, které se zde střetávají (jak jemněji zní prolínají) a jazyky, které je provázejí. Mám ráda lidi. Mám ráda své město. Mám ráda to bohatství kultur, které do mě vložilo.

Mé město je výjimečné. Je výjimečné Jacky a Markétami, Januszi a Alenkami, Jaromíry a Renatami. Přáteli, kteří si rozumí právě tím prolnutím jazyků a kultur.

Ti se sešli v KAVÁRNĚ AVION, KTERÁ NENÍ. S potěšením naslouchali písním a veršům Jaromíra Nohavici a veršům a písním Renaty Putzlacher-Buchtové. Spolu nám objevovali legendy, mýty a krásy tohoto města. Slzeli jsme, dojati polskými verši Renaty, smáli se k slzám českým dramatům Jaromíra, kývali se v rytmu česko-polských písní obou, sledovali herce české a polské scény. A cítili se "Těšíňáky".

Pro škarohlídy, kteří vidí mé město ryze českýma či ryze polskýma očima, nebylo v KAVÁRNĚ AVION, KTERÁ NENÍ místa. Ani do budoucna.

Zdena Pašková, Těšínské noviny
Český Těšín 28.2. 1996
 


Powrót kawiarni AVION

Klub teatralny Teatru Cieszyńskiego przypominał w ostatni piątek i w sobotę lutego swoją atmosferą krakowską "Piwnicę Pod Baranami". Postarało się o to dwoje głównych bohaterów obu wieczorów, czeskocieszyńscy poeci - Polka Renata Putzlacher i Czech Jaromír Nohavica, którzy w swoim programie pt. W KAWIARNI AVION, KTÓREJ NIE MA… zainaugurowali działalność nowej kawiarni poetyckiej. A trzeba przyznać, że inauguracja ta przeszła nawet najśmielsze oczekiwania…

Dlaczego właśnie AVION - czyli po francusku samolot? Otóż przed wojną stała na lewym brzegu Olzy obok dzisiejszego Mostu Przyjaźni kawiarnia o tej właśnie nazwie - nie przetrwała ona jednak, niestety, do dzisiejszych czasów, gdyż budynek został zniszczony podczas dwukrotnego wysadzenia mostu w czasie drugiej wojny światowej. Zniknął też z Czeskiego Cieszyna kolejny samolot - "Iljuszyn" - który przez 40 lat stał na cokole obok budynku teatru…

Nazwa jednak pozostała - powstała kawiarenka poetycka AVION, w której będzie się można spotykać na wieczorach poetyckich, spotkaniach przedpremierowych czy programach utrzymanych w konwencji kabaretowej. Taki właśnie charakter, kabaretowy, miał pierwszy wieczór autorski Putzlacher i Nohavicy, przy czym zaprezentowane przez animatorów i głównych wykonawców utwory sięgały najwyższego, można nawet powiedzieć, iż niespotykanego dotychczas w środowisku cieszyńskim poziomu.

Co tu powiedzieć w kilku słowach o tej pierwszej próbie? Przede wszystkim trzeba posłużyć się starym sloganem - kto nie był, niech żałuje… Powróciła nostalgiczna atmosfera dawnego Cieszyna, tego z przełomu wieków i okresu międzywojennego, ale nie zabrakło też obrazków z czasów wszystkim nam dobrze znanych. Autorzy recytowali swoje smutne i wesołe wiersze, śpiewali nostalgiczne i pełne humoru songi, ba, nie zabrakło nawet prób dramatycznych… Wspomagali autorów aktorzy Sceny Polskiej i Czeskiej, na fortepianie przygrywał Bronisław Liberda, zaś na skrzypcach Ladislav Hoskovec z Frydku.

Jacek Sikora, Śląsk
Katowice, 8/1996

 

Wróćcie stare dobre czasy do Cieszyna


W kaffeehaus AVION czas przystanął
już wkrótce runie w Olzy wody
z mostem Przyjaźni który dzielił
z niepowtarzalną atmosferą…
(fragment wiersza R. Putzlacher)

Niepowtarzalną atmosferę miał program autorski Renaty Putzlacher i Jarka Nohavicy. Renata - jak sama mówi w swoich wierszach - obywatelka czwartego wymiaru, urodzona dla prowincji i żyjąca w mieście, które Bóg stworzył w ósmym dniu stworzenia, nie ma świętej naiwności dwudziestolatki. Kiedy mówi o sobie, o swoim mieście Cieszynie, które jest czymś więcej niż miastem, w którym mieszka i które lubi - czyni to z dystansem. Patrzy na naszą historię, swoich przodków, na siebie prawdziwie, bez gloryfikacji, ale z barwnym poetyckim sentymentem i nostalgią. Poezja i pieśni Renaty (m. in. cudowna ballada o Żydzie Kohnie) potrafią widza wzruszyć do łez.

Jarek Nohavica zawsze patrzył na świat przez ironiczne okulary, ale jakże wiele wypowiada o życiu w swoich pozornie prostych, nośnych tekstach. Jest naturalny i spontaniczny. I bardzo ludowy.

Kiedy Renata ożywia obrazki z przeszłości, czyniąc to w sposób naprawdę uroczy, on pokazuje nam Cieszyn z jego dzisiejszą pogonią za łatwym pieniądzem. Ale nie tylko. Twórczość Nohavicy to z wielkiej części wyrażenie pogańskiego ukochania życia z powracającymi niekiedy symbolami śmierci, z której jakoby się nabijał:

Gdy ubiorę mój garnitur czarny
i lakierki cacy
gdy skapuje moja stara
że to wcale nie do pracy
Kiedy ruszą zasmuconych żałobników ławy
od mostu Sikory do Śląskiej Ostrawy
gdy kitę odwalę
będzie wspaniale
Kiedy odwalę kitę
to będzie wspaniałe i znakomite…
(przekład: R. Putzlacher)

Ten program (niełatwe słowo w tym wypadku, bo zbyt neutralne) był dla mnie i dla wielu moich znajomych rodzajem fantastycznej terapii. Z polotem, lekki. Kiedy człowiek wraz z Renatą pozwolił się unosić rzewnej słowiańskiej duszy, to przychodził Jarek i strącał go z obłoków swoim satyrycznym, ponadczasowym spojrzeniem na otaczający nas świat.
I jestem przekonana, że wielu z nas pomyślało, jak bardzo rzadko udaje się komuś w sposób tak poetycki, prosty i nieprzeciętny połączyć to polskie i czeskie Zaolzie:

A moi następcy będą absolutnie pewni
że właśnie to miasto było im sądzone Niejednoznaczne
dziwne schizofreniczne w każdym calu i na każdej piędzi
Muszę być pewna tego że nie będą przeklinali swoich
przodków za to że nie są pewni języka w gębie Bo
jakby nie było inaczej się modlą rozmawiają w innym
języku a jeszcze w innym proszą o chleb Lokalna
wieża Babel stała tu od zawsze Powinnam przekonać
siebie że właśnie dla mnie Bóg stworzył to miasto
Po tym gdy już odpoczął W ósmym dniu tworzenia

(fragment wiersza R. Putzlacher)

Ewa Katrušák, GL
25.4. 1996

 

Všestranná, a také půvabná

Karel Wojnar: Jaká je dramaturgyně polské scény Těšínského divadla Renata Putzlacherová?… Každý dramaturg by měl psát, překládat, upravovat, publikovat. Vy jste napsala několik nádherných básnických skladeb, odměněných u nás i v Polsku, publikovala čtyři básnické sbírky, upravila a přeložila několik divadelních her. Cítíte se víc dramaturgyní, nebo básnířkou?

Renata Putzlacher-Buchtová: Jarek Nohavica přednedávnem v naší poetické kavárně AVION vtipně komentoval "pomlčkovou causu Renata Putzlacher-Buchtová" - Putzlacher se zabývá věcmi mezi nebem a zemí, které lze vyjádřit pouze básnicky, Buchtová je vzornou manželkou, matkou a (jak jinak v naší zeměpisné šířce) hospodyní - a divil se pouze tomu, jak tohle všechno je schopno držet pohromadě.

K.W.: V poslední době jste stála u zrodu poetické kavárny s exkluzivním, ale pro nezasvěcené dost záhadným pojmenováním AVION. Co jste zatím v kavárničce uvedli a s jakou programovou náplní napříště počítáte?

R.P.-B.: Ředitel Ladislav Slíva pozorujíce moji neutuchající energii přišel se svým dávným nápadem vytvořit v Českém Těšíně v prostorách našeho čerstvě rekonstruovaného divadelního klubu instituci, která tady chyběla - něco jako poetickou vinárnu či kavárnu s malou scénkou - místo setkávání těch, kteří mají ke kultuře užší, těsnější vztah. A protože jsme divadlem, v němž vedle sebe působí čeští a polští umělci, začali jsme česko-polským večerem V KAVÁRNĚ AVION, KTERÁ NENÍ…, ke kterému ředitel přizval dvojici, která takový program chystala už odedávna - Jarka Nohavicu a mě. Výsledek předčil naše nejsmělejší očekávání.

Karel Wojnar, Svoboda
Ostrava 5.3. 1996

 

Kawiarnia AVION

W piątek 23 lutego w podziemiach Teatru Cieszyńskiego otwarła swoje podwoje literacka kawiarnia AVION. Wieczór inauguracyjny oddano w ręce Renaty Putzlacher i Jarka Nohavicy. Bard i poetka w programie W KAWIARNI AVION, KTÓREJ NIE MA… wprowadzili publiczność w nastrój typowy dla kawiarni kabaretowo-literackiej i przedstawili program, jaki mógł powstać tylko w Cieszynie - mieście granicznym, w którym życie toczy się między dwoma państwami, dwoma mostami i dwoma językami. Tylko w Cieszynie publiczność może tak bezproblemowo odbierać polskie i czeskie teksty literackie, bezbłędnie wyłapując wszystkie niuanse i przenośnie językowe. Dwoje głównych aktorów tego wieczoru potrafiło z sobie właściwą lekkością zamieniać się rolami, poruszać się bez barier między językiem polskim i czeskim, między piosenką, farsą i wierszem lirycznym.

Wszechstronność barda i poetki nadała temu wieczorowi urok i błyskotliwość, wywoływała wśród publiczności na zmianę salwy śmiechu i chwile zadumy.

Wypada życzyć Kawiarni AVION (mimo że jej nie ma), by na stałe wpisała się w życie kulturalne Cieszyna, tak jak bezsprzecznie są już w nie wpisani Renata Putzlacher i Jarek Nohavica.

Helena Legowicz, Zwrot
Czeski Cieszyn, 4/96

 

Szalona Małgosia

Przed laty, na długo zanim w Czechach stało się głośno o Cieszynie i jego wielkim targowisku, czeska część tego miasta stała się szerzej znana dzięki przebojowej piosence barda Jaromíra Nohavicy Bláznivá Markéta. Dopiero niedawno treść tej ballady dotarła również do Polaków. Bláznivá Markéta okazała się Szaloną Małgosią, dworcowym kloszardem z przeszłością estradowej gwiazdy. Polski tekst do tej i wielu innych piosenek Czecha Nohavicy napisała polska poetka Renata Putzlacher. Oboje mieszkają w Czeskim Cieszynie, a ich wspólny wieczór piosenek i poezji zainaugurował działalność kawiarni artystycznej AVION w piwnicy czeskocieszyńskiego teatru.

Nazwa lokalu nawiązuje do cieszyńskiej tradycji. Przed wojną, tuż przy rzece, w lewobrzeżnej części miasta działała efektowna pod względem architektonicznym kawiarnia AVION - okrągły budynek z panoramicznymi oknami i tarasem. W tym kosmopolitycznym "Samolocie" spotykali się mieszkańcy granicznego tygla - Czesi, Polacy, Niemcy, Żydzi. W czasie wojny budynek został zniszczony, teraz po półwieczu grupka miejscowych Czechów i Polaków chce wskrzesić atmosferę tego niezwykłego lokalu.

W nowym AVIONIE śpiewano więc po polsku, czesku i niemiecku, a polscy i czescy widzowie świetnie się razem bawili. Podobnie dzieje się coraz częściej w czeskocieszyńskim klubie jazzowym i podczas festiwali oraz festynów organizowanych w obu częściach miasta. To wszystko zadaje kłam obiegowemu twierdzeniu, że Polacy i Czesi spotykają się tylko po to, by handlować.

zn, Kronika Beskidzka
Bielsko-Biała, 7.3. 1996

 

Kawiarnia AVION zaistniała powtórnie

Pomysł kawiarni poetyckiej powstały i zrealizowany w Teatrze Cieszyńskim pomyślnie rozkwita. Jego inicjatorzy stworzeniem kawiarni AVION (której nie ma) zapełnili, zdaje się, dotkliwie odczuwalną w naszym środowisku artystycznym pustkę powstałą po zakończeniu spotkań w "Dziupli". W piątek 15 marca odbyło się w klubie teatru drugie z kolei spotkanie, zatytułowane PROROCY JUŻ ODCHODZĄ, poświęcone związanemu mocnymi więzami z naszym terenem, nie żyjącemu już niestety, polskiemu poecie i pisarzowi, Tadeuszowi Nowakowi.

Spotkanie ponownie prowadziła Renata Putzlacher, utwory T. Nowaka prezentowali aktorzy Sceny Polskiej TC, a o jego życiu i twórczości mówił jeden z jego najbliższych na naszym terenie przyjaciół, Kazimierz Kaszper. Klub wypełniony słuchaczami świadczy o zainteresowaniu tego rodzaju spotkaniami. Gościem piątkowego spotkania była również telewizja wrocławska.

Franciszek Bałon, Zwrot
5/96

 

Benefis literacki

Prestiżową nagrodę literacką Egona Hostowskiego rok 1995 uzyskał Avion. W jury zasiadali tacy panowie jak Josef Škvorecký, Milan Jungmann i Jan Trefulka. Wśród sympatyków czeskocieszyńskiej kawiarni teatralnej nastało ponoć spore poruszenie, zwłaszcza że niebawem, tj. dnia 7 czerwca spotkają się w niej KOLUMBOWIE ROCZNIK…6 - w gorsetach i pod krawatami. Zatem Towarzystwo Jubilatów: Adaś, Wiluś, Kazik, Piotr, Stasiek, Renata - oczywiście w kawiarni-laureatce AVION…

Co proszę, coś nie tak: nie kawiarnia a hotel? Nie w Czeskim Cieszynie, a w Brnie? Nie Renata z Jarkiem, a Jiří Kratochvíl? Nie kabaret, poetycki zresztą, a powieść… Lecz cóż tu przeszkadza? Zawsze to pokrewieństwo!

Ja wszak z przekory małej i szczypty zawiści dodam od siebie, że szóstka to już niestety wielokrotność. Ja należę do Kolumbów rocznika trzeciego.

Władysław Sikora, GL
6.6.1996

 


(autor: Zbigniew Kubeczka)



Pierwszy benefis zaolziańskich artystów,
czyli Jaja dla Kolumbów




Dziesięciu jubilatów, którzy urodzili się w roku kończącym się cyfrą 6, skorzystało z zaproszenia do wzięcia udziału w pierwszej benefisowej imprezie na Zaolziu, czyli w kolejnym spotkaniu w poetyckiej Kawiarni AVION, której nie ma… Odbyło się ono pn. KOLUMBOWIE ROCZNIK…6 w klubie Teatru Cieszyńskiego w piątek 7 czerwca.

Tytuł imprezy zaczerpnięty został oczywiście z powieści Romana Bratnego, a pomysł zrodził się w głowie autorki scenariusza, która zdolna jest do wszystkiego, a jako że często ulega magii liczb i symboli, ciekawym jej wydał się fakt, że właśnie sześciu zaolziańskich pisarzy ma na końcu roku urodzenia szóstki: Berger, Przeczek, Kaszper, Horzyk, Jedzok, Putzlacher - można było przeczytać w wydanym z okazji spotkania w AVIONIE programie autorstwa jednej z "Kolumbów" (czy raczej "Kolumbicy"), Renaty Putzlacher, która była również autorką scenariusza.

Z zaproszenia skorzystali nie tylko wymienieni już literaci, ale również zaolziańscy plastycy i fotograficy. Gościem kawiarenki był też urodzony co prawda w roku kończącym się trójką, za to obchodzący urodziny właśnie 7 czerwca czeskocieszyński bard, Jaromír Nohavica, który zaśpiewał dwa utwory z przygotowywanej właśnie płyty pt. Dziwne stulecie.

Podczas wieczoru każdy z obecnych na sali Kolumbów otrzymał specjalnie przygotowane "Jajo Kolumba", a ze sceny zabrzmiały wiersze, piosenki i opowiadania jubilatów w wykonaniu aktorów Sceny Polskiej i Czeskiej TC, raczono się też smakowitymi "kulkami mięsnymi" przygotowanymi przez Kolumba Bałona… Na fortepianie przygrywał przez cały czas jak zawsze niezawodny Bronisław Liberda, całość zaś prowadzili (oraz kroili potężny tort urodzinowy) Renata Putzlacher i Karol Suszka.

Co tu dodać? - było jak zawsze miło i przyjemnie. Oby tylko twórcom kawiarenki w dalszym ciągu sprzyjały Muzy i nie zabrakło im ciekawych pomysłów.

Jacek Sikora, Śląsk
Katowice, 10/1996



Kavárna AVION se ujala

Literární kavárna AVION, která působí od začátku letošního roku v klubu Těšínského divadla, se projevila jako dobrý nápad, který obohacuje kulturní život celého Těšínska. Úvodní pořad Renaty Putzlacherové Jaromíra Nohavici V KAVÁRNĚ AVION, KTERÁ NENÍ… byl dokonce čtyřikrát reprizován.

Rekordní počet návštěvníků přivítali KOLUMBOVÉ ROČNÍK…6 věnováni letošním literátům - jubilantům, své diváky si našly i večery věnované polskému spisovateli Tadeuszovi Nowakovi PROROCI UŽ ODCHÁZEJÍ a český kabaret DADA.

První večer v nové sezóně patřil polsko-české herecké dvojici Barbaře Szotkové a Josefu Bičíšťovi a jejich poeticko-hudebnímu představení OČEKÁVÁNÍ.

Jiří Ježek, Moravskoslezský den
Ostrava 23.9. 1996

 


(autor: Maciej Bieniasz)
 

Promocja "Małgorzaty"

Nakładem wydawnictwa AVION w Czeskim Cieszynie ukazał się zbiór wierszy Renaty Putzlacher MAŁGORZATA POSZUKUJE MISTRZA. Jest to pozycja wyjątkowa z dwu co najmniej powodów: artystycznego i politycznego. Dzieło olśniewa głębią refleksji, finezją wywodu i precyzją kompozycji, jest niezwykle dojrzałą manifestacją twórczego potencjału autorki, a jako pierwsze w dziejach zaolziańskiej literatury zostało opublikowane w dwóch wersjach językowych - polskiej i czeskiej. Na kartach książki sąsiadują oryginalne teksty z tłumaczeniami autorstwa wytrawnych praskich translatorów, Ericha Sojki i Vlasty Dvořáčkowej. Realizacja tak ambitnej wersji edytorskiej była możliwa dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury RC. Ilustracje wykonał znany katowicki artysta Maciej Bieniasz.

9 listopada w Kawiarni AVION odbył się wieczór promocyjny z udziałem aktorów Scen Polskiej i Czeskiej oraz scen ostrawskich. Prezentowali oni nie tylko wiersze z nowego zbioru, ale również piosenki R. Putzlacher, do których muzykę skomponował Zbigniew Siwek. Doskonałą ich interpretatorką okazała się - oprócz autorki! - Urszula Niedoba. W nieoficjalnej części wystąpił z minirecitalem Jaromír Nohavica - drugi, obok Putzlacher, inicjator powołania do życia AVIONU.

Kazimierz Kaszper, Głos Ziemi Cieszyńskiej
Cieszyn, 20.11. 1996


Post scriptum

Niewielu jest mężczyzn, którzy byliby w stanie opętać do tego stopnia kobietę. Niewielu jest pisarzy, którzy potrafili tak zafascynować ogromne rzesze czytelników, rozpoznających się w tłumie po hasłach typu jesiotr drugiej świeżości, posłać tego Kanta na trzy lata na Sołowki, brałem pieniądze, ale brałem nasze, radzieckie, czy wreszcie wszystko będzie jak należy, na tym trzyma się świat... Przyznaję się bez bicia, ja też należę do grona opętanych przez Bułhakowa. Zresztą dla tych, którzy szczęśliwie przebrnęli przez mój tomik, nie jest to już żadną tajemnicą.

To przez Mistrza przez ostatnie kilka bardzo pracowitych lat haniebnie zaniedbywałam moich przyjaciół i znajomych, nie mówiąc o moich najbliższych, którzy z iście anielską cierpliwością przyglądali się procesowi, jaki zachodził we mnie. Pieściłem w sercu jedną tylko myśl - pisał Bułhakow w liście - jak by uciec do domu, do pokoju, którego nienawidziłem z całej duszy, ale w którym leżała kupa zapisanych kartek. Skąd my to znamy? Kupa być może zgoła niepotrzebnie zapisanych przeze mnie kartek leży teraz w postaci w miarę uporządkowanej przed Tobą, cierpliwy czytelniku. Natomiast przede mną leży kolejna kupa kartek - jakby mi było mało, zabrałam się za kolejną adaptację sceniczną Mistrza i Małgorzaty (z której zresztą pochodzą zaprezentowane dzisiaj piosenki, do których muzykę napisał Zbigniew Siwek) i niejako po drodze zaczął powstawać jeszcze w mojej głowie monodram, będący post scriptum powieści Bułhakowa, Ja, Margot. Wiersz Post scriptum miał pierwotnie zamykać mój tomik. Po namyśle zdecydowałam się jednak na "post scriptum dziękczynne" w programie wydanym z okazji promocji. Ab ovo ... O Mistrzu Bułhakowie była już mowa; dziękuję więc reżyserowi Andrzejowi Marii Marczewskiemu za spektakl, na którym w 1989 roku płakałam jak dziecko. Jego gościnną realizację Mistrza i Małgorzaty w krakowskim Teatrze im. Słowackiego oglądałam zafascynowana przez trzy dni z rzędu, wydając na bilety, a następnie na mój pierwszy egzemplarz powieści (dziś mam ich kilka), resztki mego skromnego stypendium. Dziękuję tłumaczom, Irenie Lewandowskiej i Witoldowi Dąbrowskiemu, a ostatnio również Andrzejowi Drawiczowi, za przekłady, do których wracam i które raz po raz porównuję z pasją detektywa. Niestrudzonemu bułhakologowi, Andrzejowi Drawiczowi, dziękuję również za rozprawę habilitacyjną Mistrz i diabeł, którą na Uniwersytecie Jagiellońskim wyrywaliśmy sobie z niecierpliwych rąk. Dziękuję moim znakomitym praskim tłumaczom, Vlastě Dvořáčkové i Erichowi Sojce, którzy na czas jakiś porzucili dzieła znakomitych polskich poetów, by zająć się wspólnie i bezinteresownie moimi dywagacjami. Współpraca z nimi była dla mnie niezwykłym doświadczeniem, a każdy przetłumaczony przez nich wiersz, czytany w wersji czeskiej, ogromną przyjemnością. Dziękuję Elżbiecie i Bogdanowi Toszom, kierującym Teatrem Śląskim im. S. Wyspiańskiego w Katowicach, organizatorom wystawy Bułhakow i inni za to, że zainicjowali moje spotkanie z kolejnym "nawiedzanym przez Bułhakowa", tyle że w dziedzinie plastyki, Maćkiem Bieniaszem. Rozmowy z nim o bohaterach, którzy nigdy nie istnieli, ale żyją w nas, jeszcze raz udowodniły mi, jak bardzo inspirująca może być przyjaźń malarza i poetki; jego Poncjusz Piłat tak długo nie dawał mi spokoju, że musiałam napisać o nim wiersz. Skoro już o przyjaźni mowa, pragnę również podziękować za inspirację czeskocieszyńskiemu bardowi, Jaromírowi Nohavicy, "duchowemu ojcu" znanej w całych Czechach Szalonej Małgosi - Bláznivé Markéty, który również na długo przede mną dał się uwieść wizjom Michała Bułhakowa. W trakcie tłumaczenia na język polski jego pieśni Margita, napisałam Bal Małgorzaty. Jego współpracy zawdzięczam również to, że promocja ta odbywa się w bliskiej memu sercu kawiarni AVION, której nie ma, a którą udaje nam się co miesiąc na kilka ulotnych chwil przywołać. Zbyszkowi Siwkowi pragnę podziękować za wielość pomysłów i wersji muzycznych piosenek do mojej adaptacji, która być może w przyszłym roku będzie miała swoją premierę na Śląsku. Przede wszystkim pragnę jednak podziękować mojemu mężowi, Jerzemu Buchcie, który przez trzy lata żył ze mną wśród moich fikcyjnych bohaterów - za wyrozumiałość, cierpliwość i wsparcie.

Dziękuję mojemu wspaniałomyślnemu sponsorowi - Ministerstwu Kultury RC - za wsparcie materialne mojej książki, Danucie Brannej z Rady Polaków za pomoc w zdobyciu dotacji, Wilhelmowi Przeczkowi i Kazimierzowi Kaszperowi za recenzje wewnętrzne, Liborowi Martinkowi za współpracę redakcyjną, korekty czeskiej wersji i posłowie. Dziękuję szefom drukarni i wydawnictwa PROprint, Władkowi Szpyrcowi (nadwornemu plastykowi kawiarni AVION) i Petrowi Paškowi (oraz wszystkim pracownikom PROprintu, dzięki którym poznałam tajniki pracy drukarskiej) za podjęcie mojej propozycji - edycja AVION - i za wielką cierpliwość; dziękuję Romanowi Rozbrojowi, który pomógł mi uporać się ze składem komputerowym całego zbiorku. Dziękuję wreszcie wykonawcom, moim przyjaciołom - artystom z Ostrawy, Bielska-Białej, Chorzowa i Czeskiego Cieszyna, którzy ujmująco utożsamili się z postaciami, które są mi bliskie. Dziękuję wreszcie niezawodnej publiczności, która od 1989 roku uczestniczy we wszystkich moich promocjach (są wśród Was tacy, którzy celowo przeczytali jeszcze raz Bułhakowa od deski do deski). Patrząc na ten zastęp cudownych ludzi i na wielość wspaniałych zbiegów okoliczności, których ta książka jest zwieńczeniem, mogę tylko zacytować słowa ostatniego wiersza z mej książki (mam nadzieję, że nie ostatniego w moim życiu): Zaprawdę warto było... warto było.

P.S. To nie przypadek, że przyszłam na świat w roku, w którym napisana przez Bułhakowa dawno przedtem powieść ujrzała światło dzienne (miesięcznik Moskwa nr 11/1966). Nieprzypadkowo moje "post scriptum" do Mistrza i Małgorzaty pojawia się na rynku księgarskim dokładnie w 30 lat po tym fakcie. Uważnych czytelników nie zdziwi więc zapewne również fakt, że jestem rówieśnicą Bułhakowowskiej Małgorzaty.

Wsio budiet prawilno, na etom postrojen mir - powiedział Woland do Małgorzaty. Wszystko będzie jak należy, twierdził Michaił Afanasjewicz Bułhakow. Wierzę w to święcie, Mistrzu ...

Renata Putzlacher, edice AVION 9.11. 1996



Polská básnířka z Českého Těšína
vypráví o hledání vlastního Mistra


Jako o dlouhém a marném hledání vlastního Mistra vypráví o třech letech práce nad poslední sbírkou známá polská básnířka Renata Putzlacherová, která žije v Českém Těšíně. Sbírka nazvaná MARKÉTKA HLEDÁ MISTRA je autorčiným vyznáním z lásky ke známému románu Michaila Bulgakova.

Básnířka o své páté sbírce, kterou pokřtí dnes večer v těšínské poetické kavárně AVION říká, že postavy románu a jejich osudy lze sice vystopovat téměř ve všech básních, ale v řadě prací vypráví především příběhy své: V některých básních se vracím k osudům vlastní rodiny, která se usadila v Českém Těšíně, ačkoli k městu neměla nikdy žádný vztah. Vyprávím o životě tohoto města, které mám ráda. A právě Český Těšín, město rozdělené hranicí, město, kde se střetávají kultury více národů, je pro Putzlacherovou po řadu let velmi silnou inspirací.

- Již na jaře však Český Těšín opustím a s manželem se odstěhujeme do Brna, říká autorka, která básně, prózu i řadu scénářů napsala v polštině. - Nebojím se, že se v Brně ztratím, že si s tamními lidmi nebudu rozumět. Cítím však, že jsem v Českém Těšíně již dosáhla všeho, co jsem mohla dokázat, dodává básnířka, která překládá polštiny písně i verše Karla Kryla nebo Jaromíra Nohavici, jenž se v Polsku stává čím dál víc populárnějším písničkářem.

Josef Albrecht, Mladá fronta DNES
9.11. 1996



Renata nadal poszukuje Mistrza…

Sobotni wieczór był już siódmym z kolei spotkaniem w krótkiej historii najmłodszej na Zaolziu kawiarni poetyckiej, powstałej w lutym br. z inicjatywy poetki Renaty Putzlacher i barda Jaromíra Nohavicy, czeskocieszyńskiej kawiarni AVION. Tym razem spotkanie w klubie teatralnym TC poświęcone było w całości promocji najnowszego tomiku poetyckiego R. Putzlacher pn. MAŁGORZATA POSZUKUJE MISTRZA, pierwszej publikacji wydanej w nowej edycji AVION.

Jakie było sobotnie spotkanie? Przede wszystkim - jak to już stało się w AVIONIE dobrą tradycją - polsko-czeskie. Tym razem przyszli na pomoc Renacie obecni i dawni aktorzy obu scen TC - Lena Pešák, Alena Sasínowa-Polarczyk, Piotr Zawadzki i Zdeněk Forejt oraz wokalistki Urszula Niedoba i Zdena Paškowa (autorem świetnej muzyki był Zbigniew Siwek), a jako wokalistka i recytatorka przedstawiła się również bohaterka wieczoru.

Nie zabrakło po programie kwiatów i braw, a zaprosiła Renata na scenę wszystkich tych, którzy pomogli jej przy wydaniu ostatniego zbiorku. Wymieńmy chociażby kilku z nich - skorzystali więc z zaproszenia autor ilustracji, plastyk Maciej Bieniasz z Katowic, członkini Rady Polaków Danuta Branna, autorzy recenzji i posłowia Kazimierz Kaszper i Libor Martinek, szefowie PROprintu Petr Pašek i Władysław Szpyrc.

Na zakończenie warto powiedzieć, że pojawił się na scenie klubu teatralnego również czeskocieszyński bard Jarek Nohavica, który, jak powiedziała Renata, również kiedyś dał się uwieść wizjom Michaiła Bułhakowa. J. Nohavica wykonał kilka swoich dawnych i najnowszych utworów, a dodajmy, że to on właśnie będzie bohaterem następnego spotkania w AVIONIE, podczas którego odbędzie się promocja najnowszej jego płyty zatytułowanej Divné století.

Jacek Sikora, GL
12. 11. 1996



Przywołując pamięć nieistniejącej już kawiarni AVION

Nową ofertę - i to zarówno estetyczną jak tematyczną i animatorską - złożyła dopiero najmłodsza z grona zaolziańskich pisarzy poetka, Renata Putzlacher (1966), absolwentka polonistyki na krakowskim Uniwersytecie Jagiellońskim. Wychowana już na poezji Czesława Miłosza, podzielająca jego ideologię kulturowego pogranicza, wyposażyła swoje, utrzymane najczęściej w dyskursywnym tonie, utwory w treści odwołujące się do wieloetnicznej rzeczywistości regionu. W jej tekstach pobrzmiewa nuta nostalgicznej tęsknoty do słodkich c.k. austriackich czasów, kiedy Cieszynie żyli obok siebie Polacy, Niemcy, Czesi i Żydzi, Wiedeń był stolicą wszystkich nacji, a Kraków Mekką galicyjskiej bohemy.

Na tym niespotykanym dotychczas na Zaolziu światopoglądzie R. Putzlacher oparła też wkrótce działalność animatorską. Przywołując wraz z Jaromírem Nohavicą - zamieszkałym w Cz. Cieszynie bardem czeskiej piosenki - pamięć nieistniejącej już kawiarni AVION, stworzyła w 1996 roku w Teatrze Cieszyńskim kawiarnię literacką pod tą samą nazwą i wyposażyła w program uwzględniający potencjał tak polskiego, jak czeskiego środowiska twórczego. Działający w duchu nowej rzeczywistości jej starsi koledzy nie posunęli się aż tak daleko…

Kazimierz Kaszper, Literatura na Zaolziu.
Wystawa polskich wydawnictw 1945-1997



Jaromír Nohavica vyprovodil básnířku
Renatu Putzlacherovou na cestu do Brna


Básnířka Renata Putzlacherová se v pátek a v sobotu ve dvou představeních rozloučila s Českým Těšínem, kde zatím žije a tvoří. Plačte a buďte smutní, Renata odchází, nabádal v těšínské kavárně AVION publikum písničkář Jaromír Nohavica, který byl společně se svým otcem a R. Putzlacherovou hlavní hvězdou večera. Nohavica byl také spoluautorem pořadu nazvaného Z TĚŠÍNA VYJÍŽDÍ VLAKY CO ČTVRT HODINU, ve kterém básnířka oficiálně oznámila, že se na jaře odstěhuje do Brna.

Přibližně stovka diváků se v kavárně AVION na téměř dvě hodiny stala cestujícími ve vlaku, v němž Nohavica odvážel do Brna známou básnířku. Symbolický vlak zastavil celkem osmnáctkrát a v jednotlivých zastávkách vystoupili střídavě Putzlacherová a Nohavica se svým otcem, který hrál na housle a přednesl sérii autorských básní. Jako přídavek uvedli oba Jaromírové Nohavicové závěrečnou píseň z alba Divné století. Hraj smutně, táto. Dnes opravdu není důvod smát se, varoval Nohavica svého otce krátce před tím, než začali hrát píseň o černých papírových botách.

Josef Albrecht, Mladá fronta DNES
24.2. 1997



AVION neboli kavárna, která není

Češi a Poláci v Českém Těšíně se scházejí v kavárně AVION, která není... Těšínské legendy se živí, jako každé jiné, tajemnými stránkami historie nedopovězenými do konce, ale vznikají také z generačního usazování na rodné hroudě, stejně tak střípky obyčejné existence jako znamení v čase. Stavění rodného hnízda... Jednotlivé částice pravdy a představivosti dovolují přitom legendám vznikat...

Poněkud předběhnu: první kavárna se chýlila ke konci, když se Jarek Nohavica rozhovořil o svém přání, aby vznikla taková těšínská knížka, která by pomáhala odčinit to, co se udalo, odstraňovala ostré těšínské hroty i nepřívětivost a tím ulehčovala život. Podíval se při tom na mne, postaršího důchodce. Souhlasil jsem s ním, řekl jsem, že určitě, že samozřejmě, ale podle mne je to úkol spíše pro jeho generaci. My starší toho pamatujeme příliš mnoho... Ostatně když se člověk pozorně začte do knížek Jindřicha Zogaty...

A tak někde tady, myslím, v rámci demokratizace a občanského uvědomování se zrodila ta zvláštní věc: Kavárna, která není. Bylo o ní společně rozhodnuto, pokus o návrat v čase... fantazie... efemerida...

Polokruhová restaurace s ochozem: Kawiarnia - Kaffeehaus - Kavárna - Café AVION stála na levém předmostí bývalého Dlouhého mostu na řece Olze. Na podezdívce z dob zájezdního hostince Osmek ze 16. století... Už dávno zde samozřejmě nestojí, nepřežila dvojí vyhození hraničního mostu do povětří. Lehká prosklená, zachovala se na fotografii s mostem, loveckým zámkem Habsburků a Piastovskou věží v pozadí. Fotografie byla pořízena z některého z oken Prochaskovy tiskárny z dob Rakouska...

Vraťte se staré dobré časy do Těšína - tak komentovala kavárnu v tisku mladá anglistka Ewa Katrušáková. Opakovala verš Renaty Putzlacher-Buchtové parafrázující píseň Andrzeje Sikorowského: Nie przenoście nam stolicy do Krakowa (Nestěhujte nám hlavní město do Krakova). Má to snad znamenat, že v těšínských domech stále přežívá, respektive doutná rakouské ovzduší našich pradědečků? Pokud ano, je to spíše recese než nostalgie. Ať tak či tak, když jsme klíči odzvonili přemíře patetických hesel, je nutno něčím vyplnit prázdnou niku v kultuře. Rozhlížíme se po světě, abychom viděli, co je zrovna módní, a tak se dostaneme i k nám domů, naše identita je v naší současnosti zakotvené v minulosti i s věkovitou aurou.

Andrzej Osęka se zamýšlí nad výstavou v krakovském Národním muzeu Halič v obrazech. Ze sbírky následníka trůnu arciknížete Rudolfa: Největší přitažlivost a tajemství Haliče pramení z promíšenosti národů a kultur, z toho, že zde stály vedle sebe katolické i pravoslavné kostely, synagogy a dokonce i mešity. A Těšín stál přímo na cestě - tam i zpět. Renata objevuje jeho podrobnou historii ve svém rodokmenu...

Večery v AVIONU spojovaly hned několik věcí: vedle legendární krakovské Piwnice pod Baranami (ve které se dotvářelo umění Renaty, absolventky Jagellonské univerzity) a další těšínské tradice divadelně kabaretních flirtů se širší uměleckou veřejností nad Olzou (Umělecké krčmy v Dziupli) to byl svět "barda" Jarka Nohavici, který právě dokončoval definitivní podobu své zlaté desky Divné století. A také vzpomínky na jablunkovskou Kavárničku pod Pegasem, třineckou U Adama (Wawrosze) - sporadická setkání autorů v "podzemní" vinárně Balladé (znovu nad knížkami Renaty a W.A.Bergera, s pikantní výstavou olejomaleb Bronisława Liberdy v přepychové předsíni WC...)

Kavárna AVION se rodila jako doprovod k Renatiným knížkám, doplňovala čtenářské zážitky o uvědomování si, že toto město skrývá mnoho tajemství, půvabná zákoutí, má exotické klima, zajímavé osobnosti i poklady pouhým okem neviditelné. Má své konkvi-stadory toužící po lupu i Mohykány, kterým zůstala už jen naděje.

V Kavárně, která není, se může přihodit všechno; i to, co zůstalo pouze neuskutečněným úmyslem. Zapamatoval jsem si těch několik večerů, které se odehrály v neobyčejném návalu, účastnili se jich herci obou scén Těšínského divadla, herci ostravští, hudebníci, televizní štáby, hosté ze zahraničí, důležité osoby i obyčejný lid - tomu všemu vévodil blankyt fresky Władka Szpyrce na čelní stěně, na věky chagallovsky připomínající duch počátku století. Kolik je v tom snobství a kolik skutečné touhy po duševní potravě a ohřívání rukou u společného ohníčku? ptám se jednou sebe, jindy přátel, kteří sem přijíždějí z Krnova i Opavy, od Frýdku-Místku i Krakova... Po zahajovacím večeru Renaty a Jarka (23. února 1996) následoval program Proroci už odcházejí s texty zesnulého Tadeusze Nowaka, autora divadelní hry, která se tenkrát hrála, pak byli polovážně položertem připomenuti jubilanti Kolumbové ročník... 6 s doprovodnou akcí Kámen nebo slovo (Cieszyn - Český Těšín - Hukvaldy - mladí básníci, 7. června)... AVION se stal institucí! Mnoho potřeb, málo sil; poptávka od počátku převyšuje nabídku. Cožpak se opravdu podařilo trefit do černého? Tím myslím, že se potkaly dvě hvězdy s houfem satelitů. Něco mne začalo naplňovat obavami, ale co? Až přišel večer na rozloučenou. Náhle jsem nevěděl, kdo s kým se loučí a proč? Až jsem si to přečetl v MF Dnes.

Málem utajeným způsobem několikrát (21., 22. února a 11. dubna) vyjížděly vlaky z Českého Těšína do Brna, osmnáctkrát zastavovaly, jednou kvůli vystoupení básnířky Renaty, jindy písničkáře Jaromíra Nohavici nebo jeho otce - básníka, také Jaromíra. A zpívalo se Plačte a buďte smutní, Renata odchází, ale ta aura se zdá mlhavá. Od počátku jsem se toho obával. Kavárna zatím čeká na hosty, ale vejít do ní nebo nevejít? Je to otázka nostalgie nebo hvězdné krize? Počítám však s Renatiným návratem z Brna! Vždyť kdo se už jednou pocítil Těšíňanem...

Władysław Sikora, Alternativa nova
Opava 9/1997

 


Pożegnalny wieczór Renaty

W kawiarni AVION w podziemiach czeskocieszyńskiego teatru odbył się 21 i 22 lutego pożegnalny spektakl Renaty Putzlacher Z CIESZYNA WYJEŻDŻAJĄ POCIĄGI CO KWADRANS. Oparty na tekstach poetki, a stojący na kunszcie autorskim i interpretatorskim Jaromíra Nohavicy program odwoływał się do motywów podróży kolejowej. Dominował nastrój sentymentalnej zadumy, chociaż nie brakowało momentów dynamicznych, wypełnionych liryczną groteską czy absurdalnym, nawet rapowym, humorem.

Po roku istnienia polsko-czeska kawiarnia artystyczna, przynosząca co miesiąc oryginalny program, ograniczy zapewne swą działalność. Jej założycielka i animatorka R. Putzlacher opuszcza bowiem rodzinne Zaolzie, osiedlając się w Brnie. Biorący regularnie udział w spektaklach aktorzy obu scen Teatru Cieszyńskiego upominają się już jednak o teksty do następnych przedstawień. Podobnie nie wyobrażają sobie dłuższych wakacji od AVIONU jego stali bywalcy.

Kazimierz Kaszper, Głos Ziemi Cieszyńskiej
Cieszyn, 7.3. 1997



Kavárna, která vlastně už není

I když jsme se z fiktivní kavárny AVION během pořadu nazvaného Z TĚŠÍNA VYJÍŽDÍ VLAKY CO ČTVRT HODINU rozjeli pomyslným vlakem z Českého Těšína do Brna, požádala jsem poté Renatu Putzlacherovou, aby se se mnou vydala "na zpáteční cestu" a zavzpomínala.

Renata Putzlacherová: Když už byl divadelní klub v Těšínském divadle po rekonstrukci, přišel tehdejší ředitel Ladislav Slíva s nápadem využívat ho i jako malou scénu. V té době jsem překládala texty písniček Jaromíra Nohavici. Už tehdy jsme oba přemýšleli o zorganizování česko-polského večera. Klub se nám oběma zalíbil. Ke spolupráci jsme si přizvali ještě Ladislava Szpyrce a Bronislava Liberdu. Přemýšleli jsme, čím začít. A tak jsme se rozhodli vytvořit těšínskou mytologii - pořad jsme nazvali V KAVÁRNĚ AVION, KTERÁ NENÍ - a ukázat, že Těšín nebyl a není jen šedé město s hraničními přechody. Zazněly Jarkovy hudební "pecky" a k jeho bláznivé Markétě jsem vytvořila fiktivního Žida Kohna, který jako by u dávné kavárny AVION hrával. Program byl polsko-český, byla v něm uvedeny i židovské a německé písně. Smíšené česko-polské bylo i naše publikum. Pak následovaly další večery.

Co bude dál? Sice jsem se rozloučila, ale netvrdím, že to byl poslední AVION. Zatím přesně nevím, jak a co bude dál, ale myslím si, že by nemusel být velký problém připravit jednou dvakrát ročně česko-polskou multimediální kavárnu AVION s hudbou, výtvarnem, s trochou smutku i radosti. První AVION, který jsem v životě poznala, byl hotel a kavárna AVION v Brně. A tak vlastně jen odjíždím z jednoho AVIONU do druhého, který tentokrát je.

Alice Jarnotová, Svoboda
Ostrava 27.2. 1997
 


W kawiarni AVION, która jest w nas…


Nigdy nie ukrywałam, że kawiarnia AVION jest moim ukochanym dzieckiem, że bardzo lubiłam ten ogrom comiesięcznych przygotowań, grono fanów kawiarni, którzy zapytywali, czy program będzie dwujęzyczny, bo właśnie ta formuła przypadła im do gustu. Postaci bláznivé Markéty i skrzypka Kohna, które zadomowiły się już w naszych piosenkach i na błękitnym fresku Władka Szpyrca. W zapale zainicjowałam również edycję AVION, której domeną byłyby właśnie dwujęzyczne publikacje, promowane w kawiarni. Niełatwo porzuca się takie przedsięwzięcia… Najważniejsze było jednak to, że robiliśmy to nie dla pieniędzy, sławy, po prostu dlatego, że to lubiliśmy, że bardzo nam się chciało. AVION stał się synonimem odskoczni od codzienności, szansą na odrobinę szaleństwa nie w świetle refletorów, ale w kameralnej atmosferze, wobec grona przyjaciół i bliskich osób. Kawiarni AVION nie ma, a jednak jest. W nas. I dopóki będzie, zapraszać będziemy do niej (może teraz rzadziej, ale tym serdeczniej) słowami, które były zamieszczone w pierwszym programie: Zveme v našem AVIONU na společnou aviopouť všechny, kdo mají chuť se občas trochu po-vznést nad zem.

Renata Putzlacher, edice AVION
21.2. 1997



Ucieczka do świata, który nie istnieje?



Także Renata Putzlacher przekracza z iście męską odwagą pozornie ograniczony horyzont peryferyjnego Śląska Cieszyńskiego. Nie bała się żyć w mieście, które jest jej zdaniem, jak przyznaje w zbiorze Małgorzata poszukuje Mistrza: niejednoznaczne, dziwne, schizofreniczne w każdym calu. Chcą może ci poeci uciec ze swego kawałka Ziemi Cieszyńskiej, uciec przynajmniej do snów? Pozornie mogłaby o tym świadczyć proza Władysława Sikory AVION, albo kawiarnia, której nie ma. Najpierw przytacza cieszyńskie legendy, które żywią się jak każde inne, tajemnymi stronicami historii niedopowiedzianymi do końca. W nowych czasach przy rozglądaniu się po świecie dostaniemy się i do nas, do domu, nasza tożsamość jest w naszej teraźniejszości zakotwiczonej w przeszłości łącznie z wiekową aurą.

I dlatego chyba zaczęli się polscy i czescy artyści schodzić w nieistniejącej cieszyńskiej kawiarni AVION, która nie przeżyła dwukrotnego wysadzenia granicznego mostu w powietrze. A więc ucieczka do świata, który nie istnieje? I właśnie z tej wieloznaczności Cieszyńskiego i samego Cieszyna, gdzie mogą bardziej intensywnie niż gdzie indziej powstawać legendy, dlatego właśnie tu mogli się spotykać w nieistniejącej kawiarni np. Renata Putzlacher z Jaromírem Nohavicą, który podobnie jak jego polscy przyjaciele wyraża pewną nostalgię, ukojenie i dążenie ku innym światom, również światom niepokonanej przeszłości, czego w tej mierze nie znajdziemy u poetów z całkowicie czeskich regionów. A sam Sikora na końcu swej poetyckiej prozy duma: Na razie kawiarnia czeka na gości, wejść, czy nie wejść?

doc. Jiří Urbanec, Zwrot
11/97


Bronisław Liberda w kawiarni AVION,
czyli Szóstka wygrywa


Chyba dobrze "odpukali" gospodarze 13. już spotkania w Kawiarni AVION w "niemalowane", bo obawy z feralnej trzynastki okazały się być zupełnie zbyteczne. Wielka w tym wszystkim była jednak zasługa głównego bohatera piątkowego wieczoru-benefisu w klubie Teatru Cieszyńskiego, którym był nikt inny, jak świeży sześćdziesięciolatek i umysł iście renesansowy, Bronisław Liberda.

Piątkowy BENEFIS BRONISŁAWA LIBERDY, którego gospodarzem była jak zawsze Renata Putzlacher, a któremu patronowały Kongres Polaków w RC i Teatr Cieszyński, ściągnął do Kawiarni AVION sporo gratulantów - krewnych, przyjaciół, ludzi kochających sztukę. A atrakcji było co niemiara, bo była i wystawa w suterenie teatru (- Schodzę ponownie do podziemia - śmiał się Bronek Liberda), były piosenki i wiersze w wykonaniu aktorów Sceny Polskiej oraz KGB (Kapela Góralska Beskidzka), czyli byłych członków kapeli mosteckich "Góroli". Ale przede wszystkim był chrzest pierwszej książki Jubilata - zbioru dowcipów rysunkowych pn. Szóstka wygrywa (szampanem oblali książkę "rodzice chrzestni": Danuta Branna reprezentująca Kongres Polaków, który sfinansował wydanie oraz Władysław Szpyrc z drukarni PROprint) oraz ciekawa i dowcipna rozmowa z bohaterem wieczoru, której podjęła się Renata Putzlacher.

Nie zabrakło też oczywiście kwiatów i podarunków dla Jubilata (m.in. świetna marionetka-karykatura autorstwa Józefa Kurka), świetnego morawskiego wina, tradycyjnego Sto lat…, a przede wszystkim Hymnu na cześć Bronka (słowa: R. Putzlacher, muzyka: Z. Siwek), którego fragment chociażby warto z pewnością zacytować na zakończenie:

On przyszedł na świat z pędzlem i brodą,
by żyć dla sztuki i gardzić modą.
Żwawy, pogodny niczym skowronek,
boski Jubilat - Liberda Bronek…

Jacek Sikora, GL
7.10. 1997



Benefis Bronka Liberdy

Lubię: polskich kompozytorów współczesnych, francuskie malarstwo, chińską poezję, rosyjski i węgierski folklor, niemieckich filozofów, czeski humor, amerykański jazz, angielskich polityków, słowacki krajobraz, zaolziańską mentalność, cejlońską herbatę, lwowską wódkę.
Nie lubię: tłumów, demonstracji, walki o lepszą przyszłość, organizacji, odznaczeń, samochodów, czasem siebie.

Przeglądając ankietę Purée kulturalnego, rubryki, którą niegdyś prowadziłam w "Głosie Ludu", znalazłam powyższe odpowiedzi Bronka Liberdy. Muszę przyznać, że były najdowcipniejsze i że w przypadku odpowiedzi na "nie" zgadzam się z nim co do joty. Zresztą Bronek jest jednym z niewielu artystów, z którymi jestem w stanie się przyjaźnić, nie odczuwając czegoś na kształt "bezinteresownej ludzkiej zawiści" lub "generacyjnego rozziewu". (Wspólna zaolziańska mentalność?) Moje postrzeganie Bronka też w pewnym sensie ewoluowało: najpierw go podziwiałam, potem zaczęłam się na nim wzorować, by wreszcie w trakcie sporadycznych, ale jakże bogatych w przemyślenia na temat sztuki spotkań, poczuć się równorzędnym partnerem w rozmowie. A że rozmowy z tym bez wątpienia renesansowym człowiekiem są zawsze interesujące i skrzą się dowcipem, mogą potwierdzić nie tylko jego przyjaciele z tzw. "Trójkąta Bermudzkiego", który z biegiem czasu stał się wielokątem, ale także wszyscy ci, którzy w trakcie spotkań z Bronkiem zawsze ładowali swój wewnętrzny akumulator. Dziś nadarza się po temu szczególna okazja: trzynasty (odpukać!) wieczór w kawiarni AVION, której (na-dal) nie ma i benefis naszego 60-latka. To Bronek bez wahania dał się namówić Jarkowi Nohavicy i mnie do wzięcia udziału w pierwszej edycji kawiarni AVION A.D. 1996.

Bronku, Zacny Jubilacie, zastanawiałeś się nad tym, jak mi wynagrodzisz "trud organizacyjny". To ja jestem Twoim dłużnikiem. Dziękuję Ci: za kukiełki w podstawówce, za rysunki w czasopismach, za Twoje córki, które pożyczały mi pierwsze zbiorki poezji polskiej, za akompaniament w trakcie prób "Rytmiki" i zespołu "Olza", za muzykę w radio i na scenie, za wiele pięknych wystaw i obrazy fosforyzujące w ciemnościach, za obraz Kolos nadolziański, który mnie zainspirował i dzięki Twojej wspaniałomyślnej bezinteresowności wisi teraz w moim pokoju. Za to, że nie czuję się zakompleksioną, pokrzywdzoną mieszkanką Zaolzia i wiem, czym różni się fałszywa skromność od poczucia własnej wartości. Bronku, dzięki swoim mistrzom byłeś w Europie, kiedy wielu z nas było jeszcze w Azji. Jesteśmy Twoimi wierzycielami. I wierzymy w Ciebie.

Renata Putzlacher, edice AVION
3.10. 1997

 

Pierwszy benefis na Zaolziu


W kawiarni AVION, której nie ma działo się w piątek, 3 października znowu coś po raz pierwszy na Zaolziu: BENEFIS BRONISŁAWA LIBERDY. Pamiętam z lat studiów benefisy zasłużonych dla sztuki Krakowa dostojnych jubilatów, które wpisane są na stałe w pejzaż kulturalny tego miasta, a teraz okazało się, że u nas również można. Bronek ani widzowie nie muszą zazdrościć "jublów" z artystycznej stolicy Polski. Może komuś tam brakowało wśród wykonawców sławnych nazwisk, jak Bogusław Linda czy Anna Polony, według mnie jednak aktorzy Sceny Polskiej nadzwyczaj dobrze wywiązali się z zadania, przeplatając wyrazy najwyższego uznania żartobliwymi przytykami pod adresem mistrza. Pomógł im w tym pomysłowy scenariusz i prowadzenie Renaty Putzlacher, najbardziej zaś sam mistrz, którego umiejętnościom plastycznym i muzycznym towarzyszy niemały talent narratorski i niecodzienna zdolność do autoironii.

Wśród widzów radosny nastrój potęgowały liczne niespodzianki, jak choćby loteria, w której nagrodami były prace jubilata. Przegranym na otarcie łez Bronek ufundował wino, i to w dwu kolorach.

Za złowieszczym skrótem KGB reprezentowanym przez równie złowieszczo wyglądających w ciemnych okularach pięciu facetów ukrywała się tym razem Kapela Góralska Beskidzka. Jej członkami byli przedstawiciele ogromnej rzeszy młodych ludzi, którym Bronek długie lata rozdaje radość. Ich występ był miłym podziękowaniem za to. Chciałabym dodać, że ja również dziękuję, a kiedy - najmilszy Jubilacie - pomachasz mi znowu z okna, będę na swoim balkonie podśpiewywać refren piosenki kończącej spotkanie: Bronek, Liberda Bronek, fajny jest, wielki jest…

Barbara Szotek-Stonawska, GL
9.10. 1997
 


W Cieszynie żył Kohn…

W piątkowy wieczór w Kawiarni AVION, której nie ma odbyło się spotkanie dedykowane mieszkańcom Cieszyna, których nie ma… To szesnaste już z kolei spotkanie nosiło tytuł HISTORIA PROSTA: W CIESZYNIE ŻYŁ KOHN…

Scenariusz przygotowała i nad realizacją czuwała pomysłodawczyni avionowych wieczorów poetycko-muzycznych Renata Putzlacher, kierownictwo muzyczne objął Zbigniew Siwek. Oprócz Małgorzaty Pikus, Ryszarda Pochronia, Sebastiana Pawlaka, Michała Siegoczyńskiego i Janusza Laskowskiego, aktorów Sceny Polskiej, udział wzięła także kapela "Kamraci", która na tę szczególną okazję przemianowana została na "Jidełe". Piosenki, wiersze, szmonces, czyli dowcipne żydowskie przypowiastki, oraz paląca się menora - tradycyjny siedmioramienny żydowski świecznik - stworzyły niecodzienny nastrój, przywołały wspomnienia, a może i marzenia… Po programie można było również obejrzeć zdjęcia żydowskich cmentarzy autorstwa Wiesława Przeczka.

Joanna Wania, GL
2.4. 1998


V poetickém večeru v kavárně AVION
zazněl tentokrát i jidiš


Poslední dubnovou neděli opět ožila slavná těšínská kavárna AVION. Jejím synonymem je totiž již dva roky literárně-hudební program, který mohou diváci vidět v klubu Těšínského divadla. Tentokrát poetický večer, jehož scénář napsala básnířka Renata Putzlacher-Buchtová a v němž vystoupili herci polské scény, nesl název PROSTÁ HISTORIE: V TĚŠÍNĚ ŽIL KOHN. Bylo to už šestnácté setkání v AVIONU, tentokrát dvojjazyčné, v polštině a v jidiš. Kromě herců polské scény TD vystoupila i Renata Putzlacherová. Ta se sice přestěhovala do Brna, ale zůstala AVIONU věrná.

K napsání scénáře básnířka čerpala inspiraci, jak sama uvádí, v představení Hlupák Gimpel, které v letošní divadelní sezoně na polské scéně TD nastudoval režisér Janusz Klimsza. Celý avionský program, v němž dostali příležitost především herci, byl rozdělen podle židovského kalendáře na nejvýznamnější výročí a ty v textech i melodiích proplétal stesk, láska, smutek i humor. Příjemnou atmosféru pomáhala dotvořit kapela Kamraci, která se na tento jediný večer přejmenovala na Jidele.

Jola Tajná, Karvinsko
5.5. 1998


O mieszkańcach Cieszyna, których nie ma ...


Wszystko zaczęło się przed dwoma laty. Dnia 23 lutego 1996 w programie Jaromíra Nohavicy i moim, zatytułowanym V kavárně AVION, která není... W kawiarni AVION, której nie ma... po raz pierwszy zabrzmiały utwory w języku polskim, czeskim, niemieckim i w jidisz. W ten oto sposób nieistniejąca już kawiarnia - kavárna - kaffeehaus AVION, wybudowana w latach 20-tych naszego wieku w lewobrzeżnej części Cieszyna nad Olzą, tuż obok Mostu Przyjaźni, stała się dla nas symbolem dawnego, wielonarodowościowego Cieszyna oraz okresu międzywojnia (AVION bowiem został zburzony w trakcie dwukrotnego wysadzenia mostu, w 1939 i 1945 roku). Polsko-czeska publiczność zaakceptowała formułę dwujęzycznych programów i odtąd w ciągu dwu lat w kawiarni AVION, której nie ma, a która co jakiś czas symbolicznie powraca, miało miejsce piętnaście wieczorów poetycko-muzycznych.

Nowa kawiarnia poetycka w budynku Těšínského divadla - czytamy w "manifeście premierowym"- rozpoczyna działalność programem autorskim dwu czeskocieszyńskich (choć oboje nie urodzili się w tym mieście) poetów poświęconym, jakże inaczej, ludziom i miejscom, których już nie ma i miastu jedynemu na świecie, o którym być może Żyd Kohn powiedział: Ci, którzy opuszczają Cieszyn, wracają do Cieszyna. Ci, którzy zostają w Cieszynie, są na pewno w Cieszynie. Wszystkie drogi prowadzą do Cieszyna. Cały świat to jeden wielki Cieszyn...

Przypisując ten zmodyfikowany cytat z I.B.Singera cieszyńskiemu skrzypkowi (który nie istniał), bohaterowi mojej piosenki, nie spodziewałam się, że w dwa lata później Cieszyn rzeczywiście stanie się dla mnie miejscem powrotów, inspirującym do tego stopnia, że jego dawni mieszkańcy staną się bohaterami kolejnego retrospektywnego, dwujęzycznego programu. Tym razem pragniemy go poświęcić cieszyńskim Żydom - ze sceny zabrzmią więc dwa języki: polski i jidysz - język żydowsko-niemiecki, który zrodził się w średniowieczu wraz z napływem Żydów do krajów słowiańskich po wypędzeniu ich z państw niemieckojęzycznych.

Pragniemy również Państwu zaprezentować szmonces, czyli dowcip żydowski, satyryczne, żartobliwe skecze i monologi, które w latach międzywojennych królowały na scenach teatrzyków i kabaretów. Gatunek ten, który nie miał nic wspólnego ze złośliwym wyśmiewaniem się z "Żydków", bawił wszystkich obdarzonych poczuciem humoru, bez względu na pochodzenie, jego mistrzami byli bowiem znakomici autorzy pochodzenia żydowskiego, tacy jak Tuwim, Słonimski, Hemar. Gdy pomyślę, że również Schulz i Leśmian mieli podobne korzenie, dochodzę do wniosku, że mój sentyment do tamtych barwnych czasów, do ówczesnych autorów obdarzonych niezwykłą wyobraźnią i dowcipem, ma wiele wspólnego z moją wielokorzennością, po wielekroć kłopotliwą, ale bardzo twórczą. Skoro mowa o korzeniach, powinnam też odpowiedzieć na zadawane mi już wcześniej pytanie, mające związek z moim dziwnym nazwiskiem, a obecnie również z tematyką tego programu: Nie mam korze-ni żydowskich. A szkoda?

Dziadek piekarzem był, w mieście Cieszynie żył... Piosenkę tę zawdzięczam staremu albumowi rodzinnemu, w którym znalazłam zdjęcia z lat dwudziestych: dawną piekarnię przy ulicy Menniczej 14, babcię, dziadka i resztę cieszyńskich piekarzy, których wyroby jadali goście nowej kawiarni AVION. Dwaj współpracownicy dziadka, Glücksmann i Zeiphammel, byli Żydami i po ogłoszeniu przez powojenny Rząd RP dekretu o zmianie i ustalaniu imion i nazwisk (na podstawie którego dziadek, Rudolf Putzlacher, ani Niemiec, ani Żyd, miał się nazywać Jan Macura), przenieśli się, podobnie jak trójka moich przodków, na czeską stronę Olzy. Tu, na Brandysie, również w dzielnicy zamieszkiwanej przez Żydów, urodził się mój ojciec, któremu, być może symbolicznie, dano imię dziadka, które przetrwało pomimo wojen, dekretów i zmian systemów. Podobnie jak nazwisko piekarza Glücksmanna (ocalone od zapomnienia przynajmniej w prostej, "avionowej" piosence), który przez wiele lat pracował z dziadkiem w czeskocieszyńskiej piekarni na Rynku, której specjalnością jest do dziś "chleb cieszyński".

Miasto Cieszyn, w którym Żydzi osiedlali się już od XIV wieku (na starym cmentarzu znaleziono najstarsze nagrobki żydowskie w całej Rzeczypospolitej Polskiej), nie posiadało getta. Rodziny żydowskie osiedlały się właśnie w okolicach ul. Menniczej, gdzie w 1800 roku powstał pierwszy, legalny Dom Modlitwy, a nieopodal, przy ul. Bóżniczej, wybudowano w r. 1838 Synagogę. Jej pożar (13 września 1939) moi bliscy widzieli z okien piekarni od podwórza. W sąsiednim domu (ul. Mennicza 12) pani Elżbieta Berger, wywodząca się, podobnie jak moja babcia z Ustronia (z rodu piekarzy - kolejny przypadek?), przez całą okupację ukrywała Żydów. Wszystkie te fakty odkryłam na nowo po lekturze niezwykle ciekawej książki Franciszka Pasza Żydzi i my w Cieszynie (zdjęcia i materiały z tej publikacji pozwoliłam sobie wykorzystać w naszym programie), wydanej w 1995 roku, a więc w okresie, gdy z pasją dokumentalistki zaczęłam się dogłębniej zajmować historią mego rodu i Cieszyna. Miasta, w którym przez tyle lat tańczyłam z zespołem "Olza" (i z moim przyszłym mężem) w dawnej bóżnicy przy ulicy Bożka. I jak tu nie mówić o sentymentalnym stosunku do narodu, który był INNY?

Patrząc na zdjęcia cieszyńskich pamiątek żydowskich uświadomiłam sobie mój niewyjaśniony sentyment do tych miejsc, dziwny smutek, który ogarnia mnie do dziś w trakcie ich zwiedzania. Moje dzieciństwo kojarzy mi się z częstymi odwiedzinami cmentarza po bolesnej, przedwczesnej śmierci mojego 30-letniego stryja. Za każdym razem pociągał mnie ten INNY, żydowski cmentarz za ogrodzeniem, bez świec, bez kwiatów, bez ludzi. Wówczas dziadkowie opowiadali mi o INNYCH ludziach, z którymi żyli, pracowali, dzielili wspólne losy... W Krakowie i Pradze, w miastach, które kocham, w chwilach zadumy zawsze chodziłam na Josefov i Kazimierz; w Brnie również odkryłam urokliwy cmentarz żydowski, największy na Morawach, który obudził we mnie potrzebę robienia zdjęć…

Tym, którzy nie rozumieją i tym, którzy mają zastrzeżenia pragnę uzmysłowić, że właśnie my, Zaolzianie, mamy wszelkie dane po temu, żeby zrozumieć naszych dawnych, INNYCH współziomków. Jakby nie było, wspomina o Nich nieco zapomniana zwrotka kubiszowskiego hymnu Płyniesz Olzo:

Jordan w ziemi Chananejskiej święte ma znaczenie:
W jego wodach Izraela lud brał oczyszczenie.
Więc z modlitwą uklęknąłem w pokorze przed Panem,
Byś się stała, Olzo, takim i dla nas Jordanem.

Renata Putzlacher, edice AVION
27.3. 1998


Retrospekcja w kawiarni AVION


Kto zapoznał się z tekstem Renaty Putzlacher O mieszkańcach Cieszyna, których nie ma… z programu XVI spotkania w kawiarni AVION pt. HISTORIA PROSTA: W CIESZYNIE ŻYŁ KOHN… (skrzypek Kohn, którego tak naprawdę nie było), ten lepiej zrozumie, co to jest przeszłość i jej po nas oczekiwania. Jednocześnie, być może, domyśli się motywów fikcyjnej powieści, której nie ma, a która zda się krążyć uliczkami Cieszynów i przystawać z I.B. Singerem bądź B. Schulzem pod piekarniami na Menniczej 14 bądź na Rynku 5…

Zatem nie myliłem się przewidując - przed czasem, iż Cieszyn zyska z perspektywy Brna? Renata bodaj, wierna swej pasji adoratorki nieprzemijających uroków miasta na Olzie, przeszła tutaj siebie i nawet dojrzała - poetka, scenarzystka, śpiewaczka, moderatorka i reżyserka w jednej osobie.

Po co jest sztuka? - pytam się naiwnie i naiwnie odpowiadam: Do sumień puka… Aby się znaleźć, podejmuje przy tym na gorąco ludzkie sprawy, to co okazuje się pulsem serca we współczesności. Renata z przyjaciółmi odsłania - właściwie przed nieźle zorientowanymi - tę część wspólnej ziemi cieszyńskiej, która, chociaż już nieobecna, w szczególny sposób ją dopowiada. Na poły surrealistyczne i metaforyczne nieistnienie, postawione u wezgłowia AVIONU, zdaje się na tyle trafne, że oto skupia ludzi i generacje z szerszej okolicy i bez żadnego wmuszania się, na swój sposób przecież się narzuca i pozwala nam z obcymi lepiej zrozumieć i dawniejsze, i dzisiejsze Nadolzie. Powtórzę, że stąd gdzieś domyślam się w wieczorze także brneńskich klimatów i perspektyw. To co z dystansu, jawi nam się bliższe i nawet ciekawsze!

Z Austrią - Żydzi, obok gwary i języków polskiego, czeskiego, słowackiego, niemieckiego - jidysz… Co strzęp przy tym czyjejś biografii i osobowości, to właściwie legenda. Wszystko przy tym składnie z sobą powiązane. Obawiam się, jak mówią Anglicy, iż jakiś zaczyn pewnie tutaj rusza ciasto; powiedzmy od tej strony, skoro tu tyle o piekarzach - więc o zawodzie skądinąd świtu z wczesnym rankiem, co tu chrupkimi rogalami i świeżym chlebem dzień od nocy oddziela…

Wiersz Renaty Tańczyłam w Bóżnicy - w Klubie PZKO przy ulicy Bożka. Toż to, pod tragicznym a przecie łaskawym blaskiem menory, zagadnienie do wielu profesjonalnych dysput i rozważań intelektualnych o Zaolziu i Cieszynach. Cóż to za ziemia z takimi właśnie swoimi losami? Żadna energia, wiadomo, życiowa czy duchowa, nie znika bez śladu, a tkwi po kolejnych plagach w sokach ziemi i żywo następnie dotyczy wrażliwych spadkobierców. Oni bowiem, ci INNI, też byli Ślązakami.

Przebojowe Bubliczki powinny zaistnieć także poza spektaklem AVIONU, są bardzo europejskie i to od strony dobrego samopoczucia. Wiersz Rachela zaś, wciąż tęskniąca do ziemi, którą obiecano, z obrządkiem tak obcym a bliskim do bólu, skłonić do przemyśleń. Spodziewam się zresztą, że otrzymamy raz tomik tekstów AVIONU, albo i księgę, która będzie pulsującym świadectwem kilku epok nad rzeką porównywaną ongiś z Jordanem. Zachowaniem w pamięci także naszych INNYCH współziomków. Jednocześnie wszak spojrzeniem wstecz - dla wsparcia wspólnej weselszej współczesności.

Nastrój mej gawędy, wybacz Czytelniku, wyniosłem ze spotkania w podwieczór Niedzieli Palmowej.

Władysław Sikora, GL
7.4. 1998


Prosta historia w kawiarni AVION


W roku bieżącym przypada druga rocznica istnienia kawiarni, której nie ma, czyli cieszącego się już dużym powodzeniem AVIONU. Te dwujęzyczne na ogół imprezy tym razem wykonane były po polsku i w jidisz (urocze piosenki), chociaż nie brakło też tekstu czeskiego. A temat dotyczył ludzi, których już też właściwie nie ma - Żydów w ogóle i Żydów cieszyńskich w szczególności.

Pomijając tu aspekt świetnego wykonawstwa aktorskiego - członkowie Sceny Polskiej TC - Małgorzata Pikus, Ryszard Pochroń, Sebastian Pawlak, Michał Siegoczyński i Janusz Laskowski, i naturalnie sama twórczyni programu, która okazała się być zarówno świetną recytatorką swych wierszy i piosenkarką śpiewającą swe teksty oraz narratorem-zapowiadaczem całości) i opracowania muzycznego (Zbigniew Siwek) z muzyką w wykonaniu "Kamratów", program ten posiada jeszcze dwa ważne odniesienia.

Te mianowicie, że uczy nas niejako historii lokalnej. Szczególnie pokolenia ludzi urodzonych po ostatniej wojnie, które nic nie wiedzą na temat barwnego i innego świata jeszcze jednej mniejszości na tym terenie - mniejszości żydowskiej, a bez tej wiedzy nasza znajomość historii jest uboższa. Po drugie zaś realizatorzy pokazując nam w sposób zachwycający tamte realia, tamten świat, którego też już nie ma, w obecnych czasach narastającej nietolerancji i rasizmu jak gdyby programowo tej tolerancji nas uczą.

Należało by sobie tylko życzyć, by ta dwuletnia tradycja AVIONU stała się naszym częstszym chlebem, niepowszednim rzecz jasna.

Kazimierz Jaworski, Hutník
Třinec 7.4. 1998
 


AVION oslavil své druhé výročí


Poslední večer se konal v pátek 27. března a byl to večer vskutku slavnostní. Slavily se druhé narozeniny AVIONU. V programu PROSTÁ HISTORIE: V TĚŠÍNĚ ŽIL KOHN se hovořilo opět dvojjazyčně, tentokrát polsky a v jidiš. Spoluzakladatelka kavárny, která není Renata Putzlacherová se před rokem stěhovala do Brna a loučila se s AVIONEM.

Alice Jarnotová: Co je u vás od té doby nového?

Renata Putzlacherová: Zjistila jsem, že ve směru Brno-Český Těšín jezdí denně pět vlaků, takže to odloučení není tak drastické. Jsem prostě "víkendová Těšíňačka". Cítila jsem se tady již vnitřně naplněna a mám pocit, že touhle změnou jsem uzavřela jednu životní etapu. Zjistila jsem, že hledání a stesk je pro mě velmi inspirující. Když se dívám svět z dálky, vidím ho zbavený všednosti a každodenní šedi, obalený sentimentem a v růžových barvách.

Po poslední sbírce Markétka hledá Mistra jsem i dočasně změnila literární žánr. Začala jsem se v Brně spíše realizovat jako překladatelka. Spoluredigovala a překládala jsem antologii mladé polské poezie s názvem Bílé propasti (HOST-WELES 1997), a to poprvé z polštiny do češtiny. Na srpen se snažíme spolu s Bogdanem Trojakem zorganizovat v Praze a Brně setkání mladých polských a českých básníků.

Nejvíc mě však baví realizovat komorní autorská představení v podobě hudebně-poetických pořadů typu Kavárny AVION. Je to inspirující, naplňující, dělám to s láskou a jsem šťastná, že znám tým lidí, kteří jsou "ze stejného těsta".

Alice Jarnotová, Svoboda
Ostrava 30.3. 1998


Wspomnienie o W.A. Bergerze


Nie w klubie Teatru Cieszyńskiego, jak do tej pory, lecz w galerii Strych odbędzie się w sobotę 13 czerwca kolejne spotkanie w czeskocieszyńskiej Kawiarni AVION. A będzie tym razem poświęcone pamięci zmarłego w styczniu br. pisarza Wiesława Adama Bergera, który 6 czerwca obchodziłby swoje 72. urodziny.

Scenariusz przygotowanego z tej okazji spektaklu pn. Księga o nieumieraniu, czyli Dzisiaj miałbym urodziny opracowała na podstawie książek, rękopisów i listów autora Renata Putzlacher. Oprócz niej wezmą udział w spektaklu Alina Farna-Podskalska i aktorzy Sceny Polskiej TC oraz 4-osobowy zespół muzyczny pod kierownictwem Zbigniewa Siwka.

Będzie też można w AVIONIE obejrzeć wystawę prac plastycznych żony W.A. Bergera, Helgi, która jest również autorką oprawy plastycznej całości. Organizatorami wieczoru są: Kongres Polaków w RC, Towarzystwo AVION, OKT Strzelnica oraz Teatr Cieszyński.

Jacek Sikora, GL
11.6. 1998

 


Wiesław Adam Berger
(foto: Wiesław Przeczek)
 

Wszystko było O.K.
Adamowi Bergerowi (1926 - 1998)
in memoriam


Motto: "Mój syneczku, po filmie "Postrzyżyny" pozwoliłeś mi w ten zabawny sposób zwracać się do Ciebie. "Jak się czujesz, syneczku?" zapytałam w październiku. "Mamusiu, popatrz, ledwo powłóczę nogami, przytul mnie." Patrzę na Twoje zdjęcie i tulę Cię do siebie. To nasze wspólne zdjęcie z Kerska, Ty w fotelu, ja na jego oparciu, śmiejemy się. /.../ Chodź, usiądziemy sobie na ławeczce, Ty mi znowu opowiesz o tym, co Cię boli, a ja usunę wszystkie Twoje troski jednym skinieniem ręki, tak jak robiłam to nieraz. Pomogło, prawda? A teraz opowiadaj. Na przykład tamtą włoską historyjkę. Lubię słuchać jak opowiadasz. Ale jeśli jesteś senny, będę czytać Twoje książki. Cichuteńko, żeby Cię nie zbudzić. Syneczku, już Ci lepiej? Ściskam Cię - Twoja filmowa "mamusia"
(list otwarty aktorki Magdy Vašáryowej do Bohumila Hrabala po jego śmierci w lutym 1997 roku)


Adasiu,
nie mogę mojego ostatniego wspomnienia o Tobie - bezbarwnego, bo jak tu ująć na martwym papierze Twoją barwną postać - napisać inaczej niż w formie listu. To Ty, niewolnik pióra i kartki papieru, chociaż właśnie swemu pisaniu zawdzięczałeś błogie chwile wolności w najgorszych czasach, nieustannie zasypywałeś swoich przyjaciół listami-reportażami, listami-apelami, listami-wyznaniami. Na Twój ostatni list, zatytułowany jak zwykle "Madame" (już nikt tak o mnie nie napisze) nie odpowiedziałam. Mogłabym się zasłaniać oklepanym "nie zdążyłam". A jednak prawda jest inna - w kołowrocie świtów i zmierzchów po prostu nie znalazłam czasu na to, by na chwilę przystanąć, porozmawiać. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą... Dziś siedzę trochę bezradna wśród Twoich zdjęć, książek - ostatnia, wydana w 1996 roku w Katowicach, nosi tytuł ZA PÓŹNO - i piszę ten spóźniony list. Już go nie przeczytasz, a ja, paradoksalnie, dopiero teraz chciałabym Ci powiedzieć, jak bardzo byłeś dla nas ważny.

Dzisiaj miałbyś urodziny... Podczas naszego ostatniego spotkania - już po powrocie z wyprawy zaolziańskich pisarzy do Lyonu i Twego ukochanego Villard de Lans - obiecałam Ci, że nasze tegoroczne urodziny będziemy świętować wspólnie, w gronie przyjaciół. To Ty nie dotrzymałeś słowa, w lutym udałeś się w swoją ostatnią podróż. Z tą, która przyszła po Ciebie... A kiedy do mnie przyjdzie ta z kosą, / Niech będzie ładną, młodą, bosą, / Abym nie słyszał zawczasu / Stukania jej obcasów. (Jan Sztaudynger). Oto dewiza Twojej powieści IDĘ. CON-COR-DE, która kończy się słowami: Umrzeć muszę w Villard de Lans, w Alpach, pod Szczytem Dwa Tysiące chcę mieć swój grób... I widzisz, teraz już oboje wiemy, że życie to nie literatura, pożegnaliśmy Cię na cmentarzu w Ostrawie. A ja, podróżująca nadal pomiędzy dwoma miastami i trzema Rzekami, Olzą, Svitawą i Svratką, dziękuję Bogu, że moje tegoroczne urodziny mogę obchodzić w ten sposób. Świętując Twoje. Symbolicznie przejmując pałeczkę w maratonie, który trwa tak krótko. Za krótko, żeby zdążyć wszystko przeczytać, wszystko opisać...

Byłeś moim najstarszym przyjacielem po piórze i podobnie jak ja, czerwcowym Bliźniakiem, tyle że dzieliła nas, bagatela, różnica 40 lat… Wśród pisarzy zaolziańskich byłeś jednak najmłodszy duchem. Jako nasz 70-letni "nestor" brylowałeś na benefisie zaolziańskich ludzi pióra w kawiarni AVION w czerwcu 1996 roku. Impreza ta nosiła tytuł Kolumbowie rocznik ...6 (doszłam bowiem do wniosku, który wart był imprezy - sześciu naszych pisarzy - Berger, Przeczek, Kaszper, Horzyk, Jedzok, Putzlacher - ma na końcu daty urodzenia szóstki), a jej tytuł zawdzięczałam pewnej powieści i Twoim Indianerom, jednemu z niewielu wierszy, jakie wydrukowałeś (mawiałeś o nich "proza w słupku"): Coraz nas mniej na naszej DRODZE / jednak nadal uparci tu tkwimy / śląskie Indiany, ostatnie Mohikany... Zrozumieliśmy wówczas, że Amerykę można odkryć nawet w takim mieście jak Cieszyn (Těšín, Teschen) i to w 500 lat po Krzysztofie Kolumbie, wystarczy tylko bardzo chcieć. Los chciał, że w październiku 1997 roku czterech "Kolumbów" pojechało odkrywać Francję w ramach pierwszej historycznej wystawy książek pisarzy zaolziańskich w Lyonie, zorganizowanej przez tamtejszy Konsulat Generalny RP. Dla Ciebie była to podróż sentymentalna do miejsc ukochanych, do raju Twej młodości, którego nie ominęło wojenne piekło. Gdy dziś wspominam tamten wspólny tydzień, widzę, że stał on pod znakiem pożegnań. Wszystko nas żegna. Ludzie, trawa, kwiaty - pisałeś w powieści OKAY - Drzewa kołyszą się w ciepłym wietrze na pożegnanie. Tylko Alpy stoją niewzruszone. Bije od nich blask. Już nigdy ich nie zobaczę... I widzisz, zobaczyłeś jeszcze raz Francję, Lyon, Alpy i Villard de Lans, miejscowość, która powraca we wszystkich Twoich powieściach i opowiadaniach. Twoje alpejskie Macondo...

Pamiętasz, kiedy się poznaliśmy? W Twoim powracającym raz po raz monologu w trakcie wielogodzinnej podróży, która była JEDNĄ WIELKĄ RETROSPEKCJĄ, padło i to pytanie. To już piętnaście lat... Tak, pamiętałam moje pierwsze entrée (jak tu nie używać francuskich określeń, które tak lubiłeś) w 1983 roku - jako siedemnastoletnia laureatka dorocznego konkursu literackiego czułam się nieswojo w zdecydowanie męskim gronie literatów. Widząc moją speszoną minę w trakcie odbierania nagrody, mrugnąłeś do mnie porozumiewawczo i powiedziałeś: Wszystko będzie O.K.… Dla mnie byłeś wówczas wielce zasłużonym, choć późno debiutującym klasykiem z pokolenia "pierwszolotowców", które było zmuszone podejmować najtrudniejsze decyzje artystyczne na Zaolziu; autorem książek ŚWIERSZCZE W GŁOWIE (WL, Kraków, 1979), ZMYSŁY (Śląsk, Katowice, 1981), IDĘ. CONCORDE (Czytelnik, Warszawa 1984) i przygotowanej do druku powieści na temat lat wojny i młodości we Francji, OKAY (Śląsk, Katowice, 1988). Paradoksalnie prawie w ogóle (poza nielicznymi publikacjami prasowymi) nie znano Twego dorobku po drugiej stronie Olzy. Po długim okresie anatemy pierwszy zbiór Twoich opowiadań MOST NAD ŁUCYNĄ ukazał się tu dopiero w 1987 roku. Twoje nieodłączne "O.K." i zawadiacka czapka z daszkiem odmładzały Cię, dodawały Ci niezapomnianego uroku. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze lepiej czułeś się w gronie młodszych, nawet o parę generacji, kolegów, bo towarzystwo rówieśników wyraźnie dodawało Ci lat. Z nami nie musiałeś rozmawiać o tych, co właśnie odeszli, o chorobach, porażkach, niezrozumieniu i konieczności "trafiania pod strzechy". Jako rasowy czerwcowy Bliźniak zawsze trafiałeś w sedno. Do serc tych, którzy byli ulepieni z tej samej gliny. Nie darmo nosiłeś imię biblijnego Adama.

Byłeś Europejczykiem, zanim termin ten stał się u nas modny i byłeś w Europie, zanim zaczęto szafować hasłem, "wchodzenia" do niej. Mawiałeś babcia Europa, nadal podminowana, taka sobie BABCIA-TITANIC. W "Nowych Książkach" (nr 11/1989) napisano o Tobie: Patrzy na problemy swojej 'małej ojczyzny' z pozycji Europejczyka, co pozwala mu uniknąć pułapki regionalizmu, wyzbyć się kompleksu prowincji. W jego przekonaniu powinno być nawet odwrotnie - to Europa musi zbliżyć się do Łucyny, chcąc zachować swoją tożsamość, swój materialny i duchowy byt. Dzięki Twoim książkom zrozumiałam w czasach hołdujących pustosłowiu, że tolerancja i humanizm nie są słowami na wiatr. Po prostu miałeś je w swoich skomplikowanych genach. Nasza wspólna wielokorzenność, austriackie i kresowe korzenie były dla nas wielkim odkryciem. Różniliśmy się od autochtonów, choć urodziliśmy się na Zaolziu. Mogłem zostać we Francji albo w Anglii - powtarzałeś niejednokrotnie - Mogłem zostać nadal amerykańskim żołnierzem i chociaż wówczas nie bardzo rozumiałem, co to jest Zaolzie, wróciłem, bo musiałem, tu był i jest mój dom… Tęsknota była silniejsza ode mnie. A wiedziałem, do czego wracam - było wiadomo, że tu ukręcą nam łeb. Jestem włóczykijem, należę do ludzi, którzy tak w Pradze jak w Warszawie, Krakowie, Wiedniu, a nawet Paryżu czują się jak w domu, ale z a w s z e t u w r a c a m. Adamie - przypinano Ci niejednokrotnie metkę kosmopolity - jaki jest rodzaj żeński od "włóczykija"? Czy to nie Ty powiedziałeś, że zatoczyłam symboliczne koło? Moi przodkowie wyruszyli z austriackiego Grazu do ukraińskiego Stanisławowa, gdzieś po drodze zostali Polakami i gdyby nie podzielono Cieszyna, do którego przywędrował mój dziadek, dzieje mojej rodziny byłyby już proste. Rok temu przeniosłam się do Brna. Zatoczyłam krąg. Ile stąd kilometrów do Grazu? Do Cieszyna to tylko 200 km. Z a w s z e t u w r a c a m ...

Dla Ciebie Francja była krajem powrotów, nazywałeś ją ojczyzną swoich marzeń. Berger to po francusku "pasterz". Twój nowy image (dostojna, siwa broda) przypominał do złudzenia zabawnego Pana Boga z komiksów francuskiego rysownika Jeana Effela. Pasterz Adam i jego owieczki - przemknęło mi przez głowę w trakcie naszej długiej podróży komiksowe skojarzenie. Pamiętasz, kiedyś powiedziałam Ci, że przez swoje zabawne rozkojarzenie i bezradność życiową przypominasz mi pijane dziecko we mgle. Nawet ta mgła przytrafiła Ci się we Francji, zasnuwając słaby wzrok. W drodze z Lyonu do Grenoble z okien naszego mikrobusu podziwialiśmy cudowne alpejskie szczyty, a potem, pnąc się w górę po stromych górskich serpentynach, zachwycaliśmy się malowniczością niemal odciętego od świata Villard de Lans, w którym rozpocząłeś swoje studia gimnazjalne pod bacznym okiem dyrektora Ernesta Bergera, który był Twoim stryjem. Kontynuowałeś je potem w podparyskim Houilles, a następnie, już po powrocie na Zaolzie, w Orłowej. Widziałam Twoje wzruszenie i na chwilę, choć my, Ślązacy, wstydzimy się tkliwych gestów, uścisnęłam Twoją drżącą rękę. Ta wycieczka była dla mnie zadośćuczynieniem za podróż sentymentalną z moim dziadkiem do jego rodzinnej Izydorówki koło Stanisławowa, której nigdy nie odbyłam. Zmarł w wieku siedemdziesięciu paru lat, tyle że ja byłam o te 10 lat młodsza i mało jeszcze wiedziałam o powrotach do miejsc ukochanych. Dziadek więc udał się sam w swoją najdłuższą podróż, nie zobaczywszy przed śmiercią Kresów. Na mogile w Villard de Lans widnieje wśród nazwisk rozstrzelanych uczniów polskiego gimnazjum nazwisko Zdzisława Hernika, niemal rówieśnika dziadka, który urodził się w Stryju koło Stanisławowa. A jednym z tutejszych profesorów był matematyk Mól ze słynnej Kołomyji. Stamtąd z kolei wywodziła się moja babcia, matka mojej matki. Świat jest mały...

Ty wypatrywałeś alpejskich wodospadów ze wspomnień i ze swej powieści, i legendarnych narcyzów na zboczach gór, nie przyjmując do wiadomości, że mamy jesień. Powieściowe Villard pachniało przecież sianem i narcyzami! Wreszcie zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia pod tablicą umieszczoną na dawnym Hotel du Parc, w którym od października 1940 do czerwca 1946 mieściło się Twoje Liceum Cypriana Norwida, jedyna polska szkoła średnia w okupowanej Europie. Patrzę na te zdjęcia, na każdym, Adasiu, obejmujesz ramieniem po przyjacielsku jednego z nas. Gdyby istniała Republika Przyjaciół, byłbyś jej ambasadorem. Tęskniłeś do spotkań w przyjacielskim gronie, do bezkonfliktowej atmosfery i klimatów, których pozbawione były wszelkie zebrania, sesje i zjazdy. Pamiętam, jak ożywiłeś się w trakcie aksamitnej rewolucji, po raz kolejny uwierzyłeś w hasła o wolności, równości i braterstwie. Nie na długo. Byłeś jednak wraz kolegami po piórze na historycznym zjeździe nowej Gminy Pisarzy Czeskich, a w sierpniu 1990 roku podczas zebrania założycielskiego Zrzeszenia Literatów Polskich w Republice Czeskiej zostałeś jego pierwszym prezesem. Nie mogłeś tylko zrozumieć pogłębiających się podziałów wśród polskich pisarzy i tego, że próbowano w te rozgrywki wciągać również nas, jakbyśmy nie mieli dosyć kłopotów po tamtej stronie rzeki, która dotąd dzieliła dwa tak bliskie narody.

Kochałeś kobiety, te najlepsze stworzenia pod słońcem. Pełno ich w Twoich opowiadaniach i powieściach, nawet po kobiecemu upersonifikowałeś swoją Rzekę: Łucyna jak to kobiety cała w nastrojach kapryśna szczupła i ziemię rodzinną: czuję wspaniały, wieczny zapach swojej ziemi, w której jak w uścisku dziewczyny zniknę na zawsze, by stać się jej cząstką. Przy Tobie każda kobieta czuła się piękna i niepowtarzalna, a przynajmniej, w wypadku dużej dozy samokrytycyzmu, potrzebna. Nieraz prosiłeś młodsze koleżanki i kolegów o podwiezienie to tu, to tam, o zorganizowanie promocji, o skład komputerowy kolejnych opowiadań. Robiłeś to w sposób tak uroczy, że trudno Ci było odmówić. Miałeś wierne grono pomocnych 30-, 40-latków, rzecz to niespotykana w dzisiejszym zagonionym świecie. Świadectwem takiej bezinteresownej pomocy jest Twój tomik - opowiadanie MARIENBAD (Ostrawa, 1995), który po płonnych obietnicach różnych wydawców ujrzał światło dzienne dzięki inicjatywie Twoich przyjaciół z prawdziwego zdarzenia. Jednym z bohaterów jest sędziwy Goethe, stary człowiek, który szuka swojej młodości. W wierszu Krzyżacy napisałeś: Jestem tu / bez lancy i konia / z kasztanem w pięści... Byłeś jednym z ostatnich rycerzy, nieco staroświeckim i zakompleksionym - wreszcie zrozumiałem, że nie jestem Don Juanem, a Don Kichotem i pojąłem różnicę. Nosiłeś w sobie odziedziczony kult kobiety, byłeś szarmancki i myślałeś, że tak postępują wszyscy mężczyźni, bo taki był Twój ojciec, którego niejednokrotnie opisywałeś. Kiedyś Twój samochód wpadł na brzozę przed moim domem, a Ty jako niepoprawny idealista nie dumałeś o kosztach tej stłuczki, tylko powiedziałeś z troską w głosie: Pomyśl, co powiedzą ludzie, stary Berger rozbija się pod Twoim domem. Kiedy po jednej z imprez literackich pod nieobecność Twojej uroczej żony i córek odprowadzałyśmy Cię z koleżanką do samochodu, a byłeś Adasiu mistrzem długich pożegnań, jeden z polskich kolegów zapytał, jak się załatwia taką damską eskortę literacką. Trzeba być chorym, niegroźnym staruszkiem, odpowiedziałeś pół żartem, pół serio. Trzeba być Mistrzem Życia, pomyślałam.

Po wydaniu ostatniego mojego tomiku Małgorzata poszukuje Mistrza (jakoś mi nieśpieszno do następnych - nagłe odejście mego tłumacza, Ericha Sojki i niedawną śmierć mojego drogiego Mecenasa i niedoszłego wydawcy, Macieja Słomczyńskiego, znakomitego tłumacza Szekspira i Joyce'a, odebrałam jako znaki z "tamtej strony" - stos osieroconych wierszy leży teraz w szufladzie, a ja, wierna przyrzeczeniu danemu nieobecnym Przyjaciołom, tłumaczę wiersze i piszę scenariusze) zrozumiałam, że Twoją ukochaną postacią był Mistrz. Bezradny, prześladowany, zastraszony, nie z TEGO świata. To Ty jak nikt inny rozumiałeś dylematy zawarte w tym zbiorku (dopiero po latach przecież znalazłeś swoją Małgorzatę-Malarkę), Ty chciałeś tylekroć rozmawiać o Bułhakowie, literaturze, o miłości i śmierci. Po namyśle doszłam więc do wniosku, że powinnam opublikować Twój piękny list na temat roli artysty - ten list nie jest prywatny, powinien być własnością Twoich czytelników, tak jak stosy nie opracowanych na razie rękopisów. Dzisiejszy wieczór, który jest m.in. moją osobistą rozmową z Tobą (jak może nie być OSOBISTY - tu zwracam się do moich potencjalnych krytyków - kiedy wszystko, co robię, robię CAŁĄ SOBĄ, spalając się; Adam to rozumiał, też był czerwcowym Bliźniakiem), jest również spóźnionym zadośćuczynieniem. Nie zobaczyłeś swoich utworów na scenie. ZA PÓŹNO…?

Nie jestem pewna, czy wierzyłeś w Niebo. Pustka i nicość, takie były Twoje ostatnie słowa na temat życia pośmiertnego, pozostawione na biurku. Kiedy jednak czytałam Twoje rękopisy, znalazłam ładną metaforę Twojego "teraz" - Chodzę w górze po mostach teatralnej sznurowni, nad sceną. Na dole leci przedstawienie. Tu sztuka staje się życiem - życie zaś sztuką. W czasie pomiędzy kontrolowaniem reflektorów słyszę słowa, strzępy sztuki. Tu w górze rozumiem ich sens, znam aktora sprzed i spoza kurtyny, i stąd go głębiej rozumiem, i nie tylko aktora, również autora, bo mogę do niego wracać, czytając scenariusz. Tak się złożyło, że oboje byliśmy pracownikami teatrów, Ty byłeś elektrykiem-oświetleniowcem w Ostrawie, ja kierownikiem literackim Sceny Polskiej Teatru w Czeskim Cieszynie, o którym pisałeś, że jest poza Trójkątem Bermudzkim (czyli nieformalną, przyjacielską grupą, którą tworzyli Władysław Sikora, Bronisław Liberda i Kazimierz Jaworski) jedyną instytucją na Zaolziu, którą się kocha. Pomimo że mieszkałeś w Ostrawie, regularnie przyjeżdżałeś do Czeskiego Cieszyna na spotkania w kawiarni poetyckiej AVION, podobała Ci się jej polsko-czeska formuła i klimaty. Twoją siedemdziesiątkę połączoną z promocją tomiku opowiadań ZA PÓŹNO, który wydało Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Katowicach (po "aksamitnej rewolucji" zostałeś jego członkiem i poznałeś Przyjaciela, Stanisława Krawczyka, do którego jeździłeś, aby popłakać do westy, jak wspomina W. Sikora w swojej Ojcowiźnie) świętowaliśmy "u Adama" w winiarni "Balladé". Trzeba nadal pisać swoją książkę o NIEUMIERANIU, powiedziałeś na koniec.

Chciałbym jeszcze w tym roku obchodzić razem z przyjaciółmi swoje urodziny, tak jak niedawną siedemdziesiątkę. Może w AVIONIE lub w "Balla-dé"? Obiecałam przy świadkach, że Ci je zorganizuję. I widzisz, tym razem przenieśliśmy się z piwnicy teatralnej na strych. Bliżej Ciebie i "tamtej strony", bliżej Rzeki, bliżej dawnego AVIONU, którego nie ma. Ciebie też nie ma, niedawno zmarł prof. Edmund Rosner, miniony okres był w ogóle czarnym rokiem dla Zaolzia i Śląska. Co się to porobiło na świecie - mówiłeś - zmarła Ania Filipek, Franciszek Świder, Władek Młynek, a ja, stary, wciąż się tu jeszcze poniewieram. Nie umiałeś się starzeć, byłeś zły na ułomne ciało, w którym kołatał się i ciągle Cię niepokoił wiecznie młody duch. Nasilające się raz po raz objawy astmy i postępująca zaćma były powodem Twego pesymizmu. Jedynym azylem było dla Ciebie pisanie. W MARIENBADZIE znalazłam następujący fragment: W tym jasnym domu pisze Abraham te swoje utwory; mają one coś wspólnego ze ścierniskiem, po którym chodzi się wczesnym rankiem boso. Bo to i ból, ale też przyjemność, ścierniska - zdarza się - pachną macierzanką, a rosa to miód dla obolałych nie tylko nóg, ale i serc. Cóż, kiedy musiałeś pisać coraz większymi literami. W trakcie naszego ostatniego, przedsylwestrowego spotkania w gronie "lyończyków", uczestników wyprawy do Francji, pokazywałeś nam list francuskiego konsula RP, Wojciecha J. Podgórskiego, napisany bardzo dużą czcionką na urzędowym papierze. Piękny to był gest, a Ty, już po operacji oka, byłeś dobrej myśli i planowałeś jeszcze jedną wyprawę do Lyonu i alpejskiego Villard de Lans, tym razem w gronie najbliższych. A przecież w trakcie swej jesiennej podróży sentymentalnej do miejsc młodości mówiłeś, że to już Twoja ostatnia wyprawa. Wszyscy uspakajaliśmy Cię na wyrost, żebyś nie zapeszył. Byłeś mistrzem długich pożegnań, a odszedłeś tak nagle... Szczerze żałuję, że nie posiedzieliśmy wszyscy dłużej w winiarni "Balladé". Żegnaliśmy się z Tobą po paru godzinach, Ty z wdziękiem posłusznego dziecka zjadałeś swoją tradycyjną zupę czosnkową. Taki pozostaniesz w mej pamięci... Każdy z nas śpieszył się jak zwykle do swych "bardzo ważnych spraw". Tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze - mówi poeta Twardowski - najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje. Rok temu, w lutym, zmarł Twój ulubiony pisarz, Bohumil Hrabal. O ile istnieje Niebo Pisarzy, w którym z całą pewnością nie ma granic i podziałów, wierzę, że siedzicie teraz przy jednym stoliku, a niebiańskie muchy wpadają Wam do pilznera. Chciałabym choć na chwilę podsłuchać Waszą rozmowę - teraz już, Adasiu, na pewno wszystko wiesz i rozumiesz cały ten pomylony świat.

Po raz pierwszy byłam w Twoim domu w Ostrawie dopiero niedawno. Był to niezapomniany wieczór z Twoją niezwykłą żoną-malarką i córką-studentką (wydział reżyserii DAMU). Dyskutując o dzisiejszym spotkaniu zgadzałyśmy się co do joty, jakby ktoś nam dyktował z góry, co jeszcze mamy zrobić. Wszystkie postaci z mego scenariusza z Don Kichotem na czele zobaczyłam na rysunkach i obrazach pani Helgi; okazało się, że nawet symboliczna pajęczyna, którą sobie wymarzyłam na naszej scenie-strychu, wisiała na ścianie. Doszłam do wniosku, że Twoja Malarka musi się podzielić swoim bogactwem z widzami. Stary Szekspir, którym pasjonuje się z kolei Ewa, często powracał w Twoich utwo rach. Nie umiem być Hamletem, chociaż nim jestem... Nie darmo oglądałeś jego dzieła w swoim teatrze przez całe życie. Cały świat to scena, a ludzie na nim to tylko aktorzy. Bardzo lubię ten monolog z Jak wam się podoba. Mowa w nim o różnych rolach w siedmioaktowym dramacie żywota. Poznałam Cię, Adamie, gdy grałeś swój piąty, dojrzały akt, ja wchodziłam w drugi z torbą na książki, z buzią jak wypucowane poranne niebo. Widziałam w Tobie mojego dziadka, ojca, doświadczonego kolegę po piórze, pomimo łobuzerskiej pozy, którą zacierałeś wszelkie różnice generacyjne. Czas płynął, ja dojrzałam, a Ty wszedłeś w akt ostatni, który kończy dziwną i pełną zdarzeń akcję sztuki: nowe dzieciństwo, gdy traci się pamięć, zęby, smak, włosy, wzrok - i w końcu wszystko. Echo tych słów znalazłam w Twoich ZMYSŁACH: mieliśmy do siebie blisko - starzec i dziecko. Dziecko we mgle... Po raz pierwszy tak dobitnie zrozumiałam tę przedziwną zamianę ról - opiekując się Tobą wraz z gronem młodszych przyjaciół, spłacaliśmy bezwiednie dług wdzięczności. Po Twojej nagłej śmierci pierwszą moją lekturą był list aktorki Magdy Vašáryowej do Bohumila Hrabala, znacznie od niej starszego. Syneczku, już Ci lepiej? Wierzę, Adasiu, że wreszcie odpocząłeś, wolny od wszelkich stereotypów, metek i dogmatów, że odnalazłeś swoją pierwszą ukochaną kobietę-opiekunkę, Twoją Matkę, która nosiła imię biblijnej prakobiety. By wypełnić lukę w obsadzie naszego spektaklu, pozwoliłam sobie nieudolnie wcielić się w Jej postać.

Scenariusz do dzisiejszego spektaklu (miał być wieczór wspomnień, zrobił się spektakl, prawda, że czerwcowe Bliźnięta są nieobliczalne?) pisałam w maju. Przez cały tydzień żyłam jak w transie, z dala od rodziny i przyjaciół, wśród Twoich wszędobylskich książek, maszynopisów i listów. Wstawałam o różnych porach i siadałam do komputera (za każdym razem, gdy drukowałam kolejną stronę, korzystałam z przycisku "OK" i wydawało się, że komputer porozumiewaczo do mnie mruga), Twoje postaci bowiem zaczynały żyć własnym życiem i panoszyć się w mojej głowie jak hałaśliwe świerszcze. Okazało się, że kochaliśmy tylu podobnych artystów, te same miasta - Kraków, Pragę i Paryż... Nie ma już Zbyszka Cybulskiego, nie ma Tadeusza Nowaka, nie ma Piotra Skrzyneckiego i Agnieszki Osieckiej. Pomyślałam, że świętując Twoje urodziny można ich przywołać, przypomnieć. W paru zdaniach, w wierszu, w piosence... I nagle zrozumiałam nasze szczęście, szczęście ludzi, których ciągle coś niepokoi, fascynuje i wzrusza do tego stopnia, że muszą przelewać życie na papier. By się podzielić. Nawet wtedy, a może dopiero wtedy, gdy już będą "po tamtej stronie". Twoja pisanina wzbogacała Cię w trakcie aktu twórczego, potem wzbogaciła mnie w trakcie tworzenia scenariusza, który ze względu na wielość materiału mógł być o wiele dłuższy (może będą powstawały kolejne?) Wzbogaciłeś artystów - dla tych, którzy znali Cię od lat, udział w dzisiejszym wieczorze był niejako moralnym obowiązkiem - stokrotne dzięki im za to - a najmłodsi, Ci, którzy Cię nie znali, dali się ponieść Twojej wyobraźni już w trakcie pierwszej próby w moim jeszcze pełnym Twoich książek domu i od razu pożyczali je ode mnie. Powoli więc zdobywasz kolejnych czytelników. W trakcie "urodzin" na Strychu, na których nie mogło zabraknąć Twojego napoju życia - czerwonego wina, jako nieobecny gospodarz wzbogacisz również Twoich bliskich i przyjaciół. Zawsze myślałeś, że to mało - to dużo, jak na jedno pracowite życie...

W jednej z Twoich książek znalazłam dedykację, którą odbieram teraz jak przesłanie: Dziękuję Ci za wszystko, bo zawsze było O.K.… To ja dziękuję Ci za wszystko, bo już nigdy nie będzie tak O.K. na spotkaniach i wycieczkach bez Ciebie. U nas, na obrotowej scenie, która jest światem, po staremu, życie płynie dalej, rodzimy się i umieramy, trwa kołowrót świtów i zmierzchów, jak w Twoich powieściach, które nam zostawiłeś, a do których wszyscy teraz wracamy. A więc jednak Twoje za grobem zwycięstwo…

Do zobaczenia - kiedyś - "po tamtej stronie"

Renata Putzlacher, edice AVION
13.6. 1998


Spisovatel Berger byl Don Quijote, ale i Sancho Panza


Jola Tajná: Proč se tentokrát AVION přestěhoval z místa, na které si lidé zvykli, a to z klubu Těšínského divadla na půdu Kulturního a společenského střediska Střelnice v Českém Těšíně?
Renata Putzlacherová: Večery v kavárně AVION měly až do současnosti punc jisté elitnosti. S ohledem na omezený počet míst si hosté museli rezervovat vstupenky a ne na všechny se vždycky dostalo. Totéž by se určitě stalo v případě večera věnovaného Wieslavu Adamu Bergerovi. Proto jsem se obrátila na ředitelku Střelnice Gertrudu Chowaniokovou, která nám vyšla maximálně vstříc, a tak se celá akce mohla uskutečnit v nedávno otevřené prostorné Galerii Půda. Musím říct, že jsme našli opravdu ideální místo, navíc když se děj KNIHY O NEUMÍRÁNÍ odehrává na půdě plné vzpomínek a rekvizit. Poprvé v dějinách kavárny AVION jsem tak napsala scénář, který nebyl volným literárně-hudebním pásmem, ale divadelním představením. Měli jsme s Adamem společné i kořeny - spletité a mnohonárodnostní. Dále nás pak pojily takové vlastnosti jako smysl pro toleranci, lásku k bližnímu a nenáviděli jsme jakoukoli nesnášenlivost. Dalo by se říct, že jsme vedli literární dialog a cítím se být v symbolickém smyslu jeho pokračovatelkou - idea mnohonárodnostního AVIONU je toho dokladem.

J.T.: Nedílnou součástí večera byla i výstava prací Helgy Bergerové. Ke spolupráci byli pozváni také zajímaví hosté… R.P.: Helga Bergerová, Adamova druhá manželka, malovala a kreslila vše, o čem její muž psal. Obrázky Helgy a fotografie Adama od Wieslawa Przeczka, které jsme rozmístili na Půdě, krásně spolukomponovaly celou atmosféru večera. V programu vystoupili například sopranistka Alina Farná-Podskalská, režisér a herec Karol Suszka, který přijel z polského Plocka a herci polské scény TD. Stejně jako hudební doprovod tvořily tři generace - Bronek Liberda, Zbyšek Siwek a náctiletá Tamara Czudková, mnohogenerační bylo i publikum, v němž nechyběli i diváci z Norimberku, Antverp a Neapole. Adam totiž dovedl oslovit lidi nezávisle na jejich věku.

Jola Tajná, Moravskoslezský den
Ostrava 23.6. 1998



Kavárna AVION spojí Brno s Těšínem


Už neexistující kavárna AVION v Českém Těšíně se stala inspirací divadelního projektu, který v neděli uvede brněnské Divadlo Husa na provázku. Jeho autorkou je polská básnířka Renata Putzlacher-Buchtová.

Před lety jsem přespala v brněnském hotelu Avion na České ulici a napadla mě souvislost obou poetických míst, vysvětlila básnířka překvapivé spojení dvou měst. Trojjazyčné nápisy na ochozu kavárny u těšínského hraničního přechodu - Kawiarnia - Kaffeehaus - Kavárna AVION vyjadřovaly, že v Těšíně žili vedle sebe před válkou Židé, Němci, Poláci i Češi, a korespondují podle Putzlacherové také s předválečným vícenárodnostním charakterem Brna.

Polský program se pravidelně střídal s českým, jeden jsme například věnovali příběhu těšínského Žida. Stvořila jsem fiktivní postavu houslisty Kohna, který hrával u těšínského mostu a podchodu, kde zpívávala i bláznivá Markéta, upozornila Putzlacherová na kresby těchto postav výtvarníka Ladislava Szpyrce, který začal doplňovat výtvarnou stránku pásma.

V Brně se diváci seznámí s úryvky ze tří předešlých programů, v nichž hraje důležitou roli také židovský humor. Poslední část pořadu inspiroval můj příchod do Brna, kam jsem se přestěhovala před dvěma lety. Do budoucna chci přichystat pouze brněnský AVION a přivézt ho zase těšínskému publiku, říká Putzlacherová, kterou láká i scénická práce. Často sama chystám rekvizity nebo vybírám kostýmy, přiznala se.

V programu by se mělo objevit prolínání smíchu a slz, deprese a euforie, hořkosladký svět, typický právě pro židovskou kulturu, který souzní s tvorbou básnířky.

AVION není jenom divadelní kavárna se stálým repertoárem, ale sdružuje i partu lidí, kteří mají rádi poezii, hudbu a humor. Pod touto hlavičkou vznikla i literární edice.

zen, MF Dnes
Brno 28.11. 1998

 


Hotel Avion na České ulici v Brně


V kavárně AVION zněla polština a jidiš



V kavárnu AVION se v neděli večer změnila sklepní scéna Divadla Husa na provázku. Herci těšínského divadla přivezli na jeviště střípky představení s názvem V KAVÁRNĚ AVION, KTERÁ NENÍ aneb MEZI TĚŠÍNEM A BRNEM autorky a realizátorky Renaty Putzlacher-Buchtové. Její polské i české verše zhudebnil Zbigniew Siwek, jehož hudební trio společně s kapelou Kamraci doprovázelo v komponovaném pořadu herce i samotnou autorku.

Na počest kavárny, která není a aby se nezapomnělo na to, co bylo, se několikrát do roka scházejí příznivci Kavárny AVION na domovské scéně na severu Moravy. V neděli poprvé do ní mohli nahlédnout i Brňané. Zcela zaplněný sál byl s představením v polštině, češtině a jidiš spokojený.

ota, Jihomoravský den
Brno 1.12. 1998
 


AVION wraca nad Olzę
po brneńskiej gościnie



Któż z miłośników teatru nie znałby brneńskiej Husy na provázku? Zespół działa obecnie w zabytkowej kamienicy przy miejskim "warzywniaku", czyli "Zelném trhu" w metropolii Południowych Moraw. Kamienica funkcjonuje również jako Centrum Teatru Eksperymentalnego, prowadzone przez dyrektora Petra Oslzlého.

Prezentowane są tu przedstawienia Husy, odbywają się występy gościnne zespołów - w
ostatnią niedzielę listopada przedstawił się tu brneńskiej publiczności czeskocieszyński AVION.

W spektaklu W KAWIARNI AVION, KTÓREJ NIE MA, czyli MIĘDZY CIESZYNEM A BRNEM obok Renaty Putzlacher wystąpili aktorzy teatru w Czeskim Cieszynie: Lena Pešák, Gabriela Fabian, Ryszard Pochroń, Sebastian Pawlak, Michał Siegoczyński i Janusz Laskowski. Oprawę zapewnili "Kamraci" i "Siwek Trio". Przepełniona widownia przyjęła spektakl znakomicie, co jest kolejnym dowodem na to, że w dobrym teatrze bariery językowe schodzą na daleki plan. Do tradycyjnych organizatorów AVIONU - Kongresu Polaków, Towarzystwa AVION i Teatru Cieszyńskiego - dołączył tym razem POLONUS - Klub Polski w Brnie.

Danuta Branna, GL
5.12. 1998


Z ojcowizny do AVIONU

13 grudnia otwarła swe podwoje po raz kolejny Kawiarnia AVION, której nie ma w swej pierwotnej siedzibie w podziemiach teatru w Czeskim Cieszynie. Kongres Polaków w RC z Towarzystwem AVION w osobach Danuty Brannej i Renaty Putzlacher przygotował promocję książki Władysława Sikory OJCOWIZNA połączoną z wystawą poplenerową Beskidy '98.

Książka ukazała się w roku 1998, wydana przez Kongres Polaków w RC w wydawnictwie SNOZA Kazimierza Gajdzicy pod redakcją Danuty Brannej ze zdjęciami Kazimierza Jaworskiego.

Wszystko tego wieczoru było związane z górami i góralszczyzną, Beskidami, czyli stronami rodzinnymi autora promowanej książki, jego ojcowizną. O przerywniki muzyczne zatroszczyła się kapela góralska "Nowina", która wprowadziła widzów w nastrój świąteczny, śpiewając kantyczki Adama Sikory oraz kolędy. Obszerne fragmenty Ojcowizny czytali Barbara Szotek-Stonawska i Karol Suszka. Nawet chrzest książki odbył się nie tradycyjnym szampanem, a śliwowicą. Wszyscy uczestnicy imprezy wychylili też kieliszek śliwowicy za zdrowie pisarza i powodzenie jego publikacji. Na stołach pachniały kanapki ze smalcem i skwarkami.

Na małej scenie w światłach reflektorów przy stoliku miejsca zajęli bohater wieczoru i prowadząca spotkanie Renata Putzlacher, która na wstępie przypomniała krótko drogę pisarską Władysława Sikory. Rozmowa dotyczyła stron rodzinnych pisarza, wspomnień z dzieciństwa, portretu ojca. Boconowice, miejsce, gdzie pisarz się urodził, mała góralska wioska koło Jabłonkowa, i szerzej Beskidy, góry, które opuścił - choć nie tak do końca, bo mieszka w Czeskim Cieszynie - by osiąść w mieście, stanowią dla niego źródło nieustannej inspiracji.

Mówiono też na spotkaniu o ludziach i ich dziełach, ludziach, którzy wywarli wpływ na pisarza, których poglądy są mu bliskie, ludziach, których opinie warto przytaczać, gdyż mogą stanowić podstawę do własnych przemyśleń. Stąd liczne w tej książce cytaty.

Niełatwy jest język poezji i prozy Władysława Sikory. Różnorodny styl krótkich form prozatorskich, jakie składają się na Ojcowiznę, wymaga od czytelnika uwagi i skupienia. O tym również rozmawiano na wieczorze autorskim. Obecność licznego grona słuchaczy udowodniła, że pisarz ma wielu zwolenników i wiernych czytelników swoich książek.

Czesława Rudnik, Zwrot
2/99


Z AVIONU do Warszawy

Dwoje aktorów Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego, Małgorzata Pikus i Sebastian Pawlak, wzięła udział w II Festiwalu Piosenki Żydowskiej, który odbył się w dniach 18-21 lutego w Teatrze Żydowskim w Warszawie, którego głównym organizatorem była Fundacja "Shalom". Zaolziańscy aktorzy zaśpiewali w Warszawie pieśni, które zabrzmiały przed rokiem w kawiarni AVION w programie autorstwa poetki Renaty Putzlacher pt. Historia prosta: w Cieszynie żył Kohn.

- Informację o tym, że w Warszawie organizowane są festiwale pieśni żydowskiej otrzymaliśmy już przed rokiem - powiedziała przed wyjazdem R. Putzlacher. - Postanowiliśmy zatem wysłać na festiwal taśmę z piosenkami, w których Małgosi i Sebastianowi akompaniuje kapela "Kamraci", no i udało się - jury pod przewodnictwem Beaty Tyszkiewicz zakwalifikowało obu aktorów do eliminacji finałowych. Jest to sukces o tyle znaczący, że chodzi o imprezę bardzo prestiżową, w której wezmą udział polscy aktorzy i wykonawcy spoza granic Polski.

W ramach festiwalu ogłoszony został również konkurs autorski w kategorii dramatu, prozy i tekstów piosenek. W tej ostatniej kategorii jury postanowiło przyznać główną nagrodę właśnie Renacie Putzlacher za teksty pochodzące z avionowskiego "żydowskiego" spektaklu.

Jacek Sikora, Śląsk
Katowice, 4/99



Nasi artyści na planie filmowym


Wszystko zaczęło się dokładnie rok temu. Producentka i kierownik literacki ostrawskiej TV, Marča Arichtewa, zaproponowała praskiemu reżyserowi Milanowi Cieslarowi realizację dokumentu muzycznego pt. Těšínská jablíčka Renaty Putzlacher. W półgodzinnym filmie zabrzmiały piosenki autorki i jej nadwornego kompozytora, Zbigniewa Siwka, w wykonaniu aktorów naszego teatru: Leny Pešák (obecnie przebywającej za granicą) i Sebastiana Pawlaka oraz muzyków z SIWEK TRIO i kapeli KAMRACI . Dla reżysera Cieslara pobyt w Cieszynie był podróżą sentymentalną do lat dzieciństwa, okazało się bowiem, że urodził się w tym mieście, podobnie jak wybitny czeski reżyser, František Vláčil (1924-1999).

W tym czasie trwały już intensywne prace nad scenariuszem filmowym, którego autorem jest pisarz Vladimír Körner, dawny scenarzysta Vláčila (Údolí včel, Adelhaid). Film Pramen života (Lebens-born) - opowiada historię młodziutkiej Grety, córki Ślązaka, którą - jako czystą pod względem rasowym - wybrali hitlerowcy w ramach akcji Lebensborn na przyszłą matkę nowego pokolenia Niemców. Rzecz dzieje się w trakcie drugiej wojny światowej na pograniczu czesko-polskim i w związku z tym reżyser Cieslar postanowił zaangażować do swego nowego filmu również artystów z Teatru Cieszyńskiego, z którymi zetknął się już w trakcie kręcenia dokumentu muzycznego. Scenariusz i dialogi przetłumaczyła na język polski Renata Putzlacher, kierownik literacki Sceny Polskiej, a w rolach epizodycznych przedstawili się aktorzy Sceny Polskiej, Małgorzata Pikus (polska zakonnica), Ryszard Pochroń (polski konduktor) oraz Lena Pešák (polska dziewczyna). W scenie symbolicznych zaślubin młodych dziewczyn z niemieckimi żołnierzami zabrzmiały również melodie w wykonaniu kapeli KAMRACI i Zbigniewa Siwka.

Na początku września w studiu TV na Kavčích horách miały miejsce nagrania postsynchronów do filmu, w trakcie których doszło do spotkania wszystkich jego współtwórców z Czech, Polski i Słowacji. Film Pramen života wejdzie na ekrany czeskich kin w styczniu 2000 roku. Trzymajmy kciuki za jego realizatorów!

/b/, GL
1.10. 1999


 


LAMUS (foto: Wiesław Przeczek)


Urodziny kawiarni AVION i chrzest płyty Lamus


Pękała w szwach w sobotę, dnia 26 lutego, sala Teatru Cieszyńskiego - czytamy w jednym z artykułów podsumowujących to niecodzienne święto teatru, poezji i muzyki. - Nic dziwnego, swoje czwarte już urodziny świętowała popularna literacka Kawiarnia AVION, której nie ma, a przy okazji ochrzczono też pierwszą "avionową" płytę LAMUS, na której znalazły się piosenki Zbyszka Siwka do tekstów twórczyni kawiarni, Renaty Putzlacher. A przygotowali organizatorzy koncertu - Spolek-Towarzystwo AVION, Kongres Polaków w RC i Těšínské divadlo - ucztę duchową z prawdziwego zdarzenia.

Wszystko zaczęło się w lutym 1996 roku, kiedy to dwoje czeskocieszyńskich twórców, Renata Putzlacher i Jaromír Nohavica nawiązało do tradycji tej nieistniejącej już dziś międzywojennej cieszyńskiej kawiarni w pierwszym czesko-polskim programie autorskim. Od tamtej pory miało miejsce ponad 20 wieczorów w ramach kawiarni AVION, w których wzięło udział blisko 70 wykonawców. W roku 1996 do nieformalnego Towarzystwa AVION dołączył kolejny cieszyniak, kompozytor i gitarzysta Zbigniew Siwek, który zaczął komponować muzykę do utworów Renaty Putzlacher. Nowe piosenki znalazły swoich wykonawców - aktorów Sceny Polskiej, Małgorzatę Pikus, Lenę Pešák i Sebastiana Pawlaka, którzy wraz z gronem muzyków i realizatorami nagrań, Zbyszkiem Siwkiem i Vladimírem Rybařem, nagrali w teatralnym studiu OFON płytę avionowych hitów, Lamus.

Na scenie teatru, która tego wieczora zamieniła się w kawiarnię-lamus, wszyscy twórcy wraz z przybyłym prosto z praskich występów pieśniarzem Jaromírem Nohavicą oraz wykonawcami zabawnych monologów, Ryszardem Pochroniem i Michałem Siegoczyńskim, wzruszali i bawili polsko-czeską publiczność. Ta w ramach urodzin kawiarni i chrztu płyty została zaproszona po koncercie również do teatralnej Café Galerii na wernisaż prac plastycznych aktora Sebastiana Pawlaka oraz wystawę zdjęć, artykułów i pamiątek poświęconych kawiarni AVION. Przy morawskim winie i żwawym akompaniamencie kapeli Kamraci, w gronie stałych cieszyńskich bywalców oraz przyjaciół z Czech, Moraw, Polski i Słowacji, bawiono się i snuto wspomnienia do późnej nocy.

ATD, 2/2000
 


"Genius loci (geniusz loce?) Śląska" w Brnie i w Pradze
Artyści triumfowali


Nowy kierownik artystyczny praskiego Teatru "Na zábradlí", wybitny reżyser Jan Antonín Pitínský, jest pomysłodawcą projektu "Kulturalno-oświatowa nauka o kraju ojczystym". Co miesiąc młodzi artyści z Czech, Moraw i Śląska będą prezentować na deskach Teatru Na zábradlí swoje wiersze, opowiadania i piosenki, przybliżające mieszkańcom stolicy poszczególne regiony.

Na pierwszy ogień poszło Księstwo Cieszyńskie i w związku z tym tandem autorski Bogdan Trojak (Stowarzyszenie WELES) i Renata Putzlacher (Towarzystwo AVION) przygotował wraz z młodymi aktorami Leną Pešák, Małgorzatą Pikus, Zbigniewem Kaliną, Lukášem Homolą, muzykami Zbigniewem Siwkiem i kapelą "Kamraci", program poetycko-muzyczny zatytułowany "Genius loci (geniusz loce?) Śląska".

Premiera programu w języku polskim, czeskim, w gwarze śląskiej i w jidisz odbyła się w sobotę 4 listopada w brneńskim Teatrze Husa na provázku, a jej współorganizatorem był Klub Polski POLONUS, który przy tej okazji przypomniał zbliżające się obchody Święta Niepodległości RP. Popremierowa biesiada, w której wzięli udział również brneńscy Zaolzianie i nasi studenci, rozbrzmiewała kilkoma językami i do złudzenia przypominała śląską wieżę Babel, przedstawioną wcześniej na scenie.

Natomiast praska inauguracja "Kulturalno-oświatowej nauki o kraju ojczystym" przerosła najśmielsze oczekiwania organizatorów i obawiających się trochę reakcji praskich teatromanów wykonawców. Długie brawa i kilkakrotne bisy sprawiły, że wieczór przekształcił się w śląskie biesiadowanie przy akompaniamencie pełnej werwy kapeli "Kamraci".
W związku z tym kierownik artystyczny teatru J. A. Pitínský zaprosił autorów programu i budzących podziw dwujęzycznych artystów Teatru Cieszyńskiego na kolejny wieczór w magicznym Teatrze "Na zábradlí".

Szczegóły dotyczące spektaklu, a także wszystkich poprzednich spotkań "W kawiarni AVION, której nie ma", można znaleźć na nowych stronach internetowych (www.avion.tesinsko.cz) Towarzystwa AVION, których autorem jest Robert Wałaski.

/r/, Głos Ludu
7.11. 2000
 


Lot przez sto lot


Tylu ich było od początku świata
tych którzy próbowali latać
Wyciągali do nieba swoje nagie ręce
prosząc o pióra o skrzydła o coś więcej

A przecież skrzydłami dotąd nikt nic nie zwojował
nigdy spod skrzydeł nie płynęły słowa
Kiedy do rąk twórca pióro bierze
cały świat powstaje na papierze
Pióro w ręce to narzędzie i nic więcej
bez udziału głowy o poezji nie ma mowy
martwe pióro wyprzedza myśl niedościgła
bez niej by nie powstały skrzydła


(Renata Putzlacher, Myśl skrzydlata)

W ten oto sposób, a więc podsumowaniem dziejów lotnictwa, rozpoczął się Sylwester Milenijny w Domu Polskim im. Żwirki i Wigury w Cierlicku-Kościelcu. Taki Sylwester zdarza się raz na tysiąc lat! A raz na sto lat ma miejsce spotkanie, które można by nazwać "odlotowym" - oto w Cierlicku, w pobliżu miejsca, skąd polscy lotnicy Żwirko i Wigura wystartowali do wieczności, spotkały się pod opiekuńczymi skrzydłami agencji reklamowej RADIAN połączone siły klubu IKAR i towarzystwa AVION. Ikar był pierwszym legendarnym lotnikiem, a avion po francusku oznacza samolot - stąd również niecodzienna nazwa imprezy - LOT PRZEZ STO LOT.

Klub IKAR starał się trafić poprzez żołądki (specjalnością były m.in. dania "Sakwa Dedala w klubie Ikara", "Ognista Łajka" oraz "Kosmos surówek") do serc licznie zgromadzonych sylwestrowych gości, wśród których znalazło się wielu wiernych fanów kawiarni AVION z całego Śląska Cieszyńskiego. Z myślą o nich artyści Małgorzata Pikus, Ryszard Pochroń, Lukáš Homola, Zbigniew Kalina oraz prowadząca wieczór Renata Putzlacher, zaprezentowali najbardziej ulubione skecze i piosenki z płyty "Lamus", a także fragmenty spektaklu "Genius loci (Geniusz loce?) Śląska" poświęcone lotnictwu. Artyści poprowadzili również Kotyliona lotniczego, w którym Dedal odnalazł Ikara, Żwirko Wigurę, Biełka łasiła się do Striełki, a Sojuz raz jeszcze połączył się z Apollo.

Po wspólnym noworocznym toaście za pomyślność lotów i za noc sylwestrową, która zdaża się raz na sto i raz na tysiąc lat, wystartował do nieba Balon spełnionych marzeń. Jego zawartością były bardzo kuriozalne życzenia, jakie rozbawieni goście mogli spisywać przez cały wieczór. Jedno z marzeń zostało spełnione od razu po powrocie na salę - na przemarzniętych balowiczów czekały specjalnie na tę okazję przygotowane szklaneczki z wizerunkiem balonu i napisem PF 2001, które - po uprzednim wypiciu zawartości - każdy mógł sobie zabrać na pamiątkę do domu. O świcie niezmordowani balowicze, bawiący się na dyskotece Wiesława Drobisza, odtańczyli "Ostatnie tango". I tak oto hasło przewodnie milenijnej nocy "Do białego rana będziem pić szampana" stało się ciałem… Do siego tysiąclecia!

1. 1. 2001
 


SKOŘICOVÉ KRÁMY BOGDANA TROJAKA A RENATY PUTZLACHER


(malé zamyšlení nad Kavárnou AVION, která proběhla pod názvem Genius loci /geniusz loce/ Slezska v neděli 11. 11. 2001 v Těšínském divadle)

Bruno Schulz ve své knížce Skořicové krámy nechává vystupovat manekýny a zjevení z časů svého dětství jako neskutečně půvabné poetické obrazy, které se však nebrání jemné ironii. Každou větou své prózy ohmatává tajemno svého vnitřní světa.
Když se díváte na Kavárnu AVION jakožto člověk, který není tak úzce spjat s regionem Těšínského Slezska jako tvůrci pořadu Renata Putzlacher a Bogdan Trojak, vidíte "skořicové krámy" tohoto regionu, rozžité v bizarních postavičkách v rozličných časech. Zjevují se tu pekaři, vendrynští gymnasté, letci, učitelé, v prostoru ztracení židé i lidé zdánlivě bezprizorní, jako děd s rybou, lidé stojící jako ukazatelé cesty stále na jednom místě a další a další. Ta jejich ulice se Skořicovými krámy však má podobu mapy celého Slezska, ve tvaru duše ryby. Máte pocit, že hledání ztraceného času se nedotýká jenom času, kam sahají naše životy, ale daleko dozadu, do času dědečků a pradědečků; je to čas předaný vzpomínkami, dětskými otázkami a dětskýma očima viděný. Ale ten harmonický sentiment, který se Renatě Putzlacher i Bogdanu Trojakovi před očima zjevuje, je naštěstí ironicky rozbíjen skutečností, vědomím, že si nelze idylu vysnívat falešně.
Volně propojená revue Genius loci (geniusz loce) Slezska volně přechází z češtiny do polštiny, chvíli se uhnízdí v němčině či v jidiš, jako by se nechumelilo. Svoboda pohybu letce - aviatika, který si v prostoru Slezska zcela svobodně obhlíží to, co jej zajímá, je toutéž svobodou jako svoboda stěhování se v čase a dokonce i v jazyce. Autoři se v křehce tkaném příběhu zhmotňují jakožto dvě postavy divadla a bojují svým "divadlem" o svou vlastní identitu, o svou národní identitu, lidskou identitu. Lehce a ironicky se vysmívají žabomyším válkám o to, kým jsou (zda Poláci, Češi, Ukrajinci či kdo vlastně), aby nakonec zjistili, že hlavně a především lidé, lidé, jimž jejich genius místa lítá v duších i tehdy, když jsou měsíce a měsíce odtrženi od tohoto regionu, že tento létající genius je nikdy nemůže opustit.
Herci i muzikanti přijali ten mozaikovitý svět představení jako neopakovatelný happening. Tím se vymyká kavárna Avion běžné produkci, lidé se sejdou i na scéně z více profesí (hudebníci, herci, básníci) stejně samozřejmě, jako se za - v představení takřka mýtického - starého Rakouska potkávali lidé více národností. Neopakovatelnost setkání je důležitější než dokonalost divadelního tvaru. Kouzlo neopakovatelnosti je životem uvnitř Kavárny AVION, který neustále plní sál Těšínského divadla takřka do posledního místečka.
Po takovém představení se snad každý musí zatoulat v myšlenkách nad svým géniem místa, nad prostorem, který patří k jeho životu. Jsou lidé na téhle planetě, kteří ze svého génia loci byli násilně vyhnáni. Tito bezprizorní nejsou nacionalisté, jen najednou neví, kam se svým tělem, když duší stejně vždy zůstanou tam, odkud bylo jejich tělo vytlačeno. To představení na tyto lidi jakoby neukazovalo, vůbec o nich nemluví. A přesto si je uvědomíme, snad právě díky harmonii představení, která těmto lidem připraveným o svém genius loci chybí.
Vladimír Fekar, ATD 3/2001
 


CHYBÍ MI SKUTEČNÁ KAVÁRNA AVION, ŘÍKÁ RENATA PUTZLACHER
Moravskoslezský deník - 4. 12. 2001

ČESKÝ TĚŠÍN - Střet polské básnířky Renaty Putzlacher a slezského barda Jarka Nohavici dal vzniknout poetické Kavárně Avion, která nemá svůj pevný dům, ale existuje.
Letos se o přízeň diváků uchází již pátým rokem a nevypadá to, že by paní domu došly nápady na další představení. Poslední Kavárna otevřela nedávno a diváci, kteří se přišli podívat do Těšínského divadla, jistě nelitovali času, neboť na scéně se opět projevil typický rukopis zdejších umělců, kteří se tentokrát pokusili odhalit soužití Poláků a Čechů ve Slezsku a nalézt zdejšího genia loci. Jak vlastně vznikla Kavárna Avion, která nemá své pevné místo? S Jarkem jsme se několikrát přeli o mnohonárodnostním Slezsku, každý jsme na něho měli jiný názor. A jeho napadlo udělat společný pořad o Polácích a Češích. - Hledali jste název dlouho? Už tehdy jsem sbírala staré pohlednice Těšína a obdivovala jsem kavárnu Avion, která stávala u mostu z Polska, a říkala jsem si, že mi tam velmi chybí. Tak proč tu naši nepojmenovat podle ní, která navíc měla tři nápisy: kawiarnia, kavárna, kaffehaus. To přesně zapadalo do ideje naší multikulturní kavárny. Znáte přesně návštěvníky své kavárny? Oslovujeme hlavně mladší diváky a nejvíce zaneprázdněnou střední generaci, která nechodí na tradiční představení. V každém ze zdejších diváků je mnohojazyčnost a naše pořady jim umožňují být hrdí na to, že rozumějí najednou třem i více jazykům. Je to jedinečné publikum v Evropě, které se tímto může pochlubit. - O čem nejčastěji debatujete? Nápady pro kavárnu za mnou chodí samy. Potkávám je hlavně v lidech, se kterými se setkávám. Kavárnu otevíráte jen několikrát ročně. Proč? Ano, děláme ji méně často, než tomu bylo na začátku. Ale říkáme si, že kdybychom ji dělali příliš často, ztratila by onen punc výjimečnosti. Není to každodenní kavárna. Bojím se trochu i zevšednění, proto je to tak, jak to je. Přesídlila kavárna už natrvalo na velkou divadelní scénu? Doufám, že nikoli. Chystám sice pro příští rok větší pořad s motivem Haliče, rodnou hroudou mého dědečka, kterou jsem letos během sentimentální cesty na Ukrajinu navštívila. Ale chceme se opět vrátit i do oněch malých komorních prostor, kde si opět budou moci lidé vypít při poetickém pořadu svou kávu. Chybí vám její skutečná budova? Velmi mi schází ono místo kavárny s duší. Zdejší lokály ztratily svou meziválečnou jedinečnost, jsou neosobní, jeden jako druhý. Je to velká škoda. Někdy mám dokonce pocit, že bych byla i dobrá restauratérka. Vím, jak by moje poetická kavárna měla vypadat, jaké by měla menu a program. Ale to možná až jednou, až budu mít na tohle všechno více času.
 

 

„Kawiarnia Avion, której nie ma” na cieszyńskim Zamku

Na prawie miesiąc przed premierą nowego spektaklu muzycznego „Ondraszek – pan Łysej Góry” Renata Putzlacher, Tomasz Kocko, Tomasz Kłaptocz, Bogdan Kokotek i Ivan Halkoci spotkali się na Zamku z wierną publicznością, która licznie przybyła z obu brzegów Olzy.  Autorka scenariusza przedstawiła losy zbójnika  Ondraszka, uzupełniając legendę o mało znane fakty, własne intuicje i zdjęcia z miejsc związanych z tą prawie już zapomnianą postacią. Spotkanie  ubarwiły nastrojowe piosenki, stanowiące znakomitą rekomendacje powstającego spektaklu. Premiera „Ondraszka – pana Łysej Góry” – Teatr w Czeskim Cieszynie, 2 kwietnia 2005.

http://wiadomosci.ox.pl/?p=czytaj&nr=1799

 

Z AVIONem na Zamku

Nie w Teatrze Cieszyńskim, lecz w Śląskim Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie odbyło się w niedzielę kolejne spotkanie w „Kawiarni AVION, której nie ma...”. Głównym celem spotkania był chrzest najnowszego polsko-czeskiego tomiku wierszy założycielki tej poetyckiej kawiarenki, poetki Renaty Putzlacher.

 – Na miejsce chrztu wybrałam Zamek nieprzypadkowo – wyjaśniła mieszkająca obecnie w Brnie poetka. – To właśnie tu, w tych pięknych lokalach przed dwoma laty odbyło się „avionowskie” spotkanie poprzedzające premierę spektaklu „Ondraszek – Pan Łysej Góry”. A stąd, z Zamku, jest też najbliżej do miejsca, w którym przy Olzie stała przed wojną kawiarnia „Avion”, od której wzięła nazwę nasza kawiarenka. W 10 lat od chwili, gdy założyliśmy wspólnie z Jaromírem Nohavicą nasz AVION, postanowiłam przenieść spotkanie bliżej Olzy...

Patronami najnowszego tomiku R. Putzlacher byli jej przyjaciele, poeta i krytyk literacki Petr Hruška, autor posłowia do zbiorku, oraz reżyser Radovan Lipus, który przełożył wiersze poetki na czeski. To oni – Lipus po... polsku, a Hruška po czesku – snuli refleksje nt. poezji autorki „Angelusa”, wierszy powstających podczas podróży pociągami...

Wiersze z tomiku – jak powiedziała autorka: bardzo nostalgicznego i retrospektywnego, ale także mówiącego o fascynacji Beskidami i częściowo zainspirowanego poezją renesansowego śląskiego poety-mistyka Angelusa Silesiusa, czyli Anioła Ślązaka – czytała sama poetka. Kilka pieśni do tekstów R. Putzlacher zaśpiewał duet „Norská trojka” (Yvetta Ellerová i Dita Ebenová) oraz muzyk i kompozytor Tomáš Kočko. Ten był też – wspólnie z dyrektor Zamku, Ewą Gołębiowską – ojcem chrzestnym „Angelusa”.

Wieczór z poezją zakończyło spotkanie przy winie, świątecznych wypiekach oraz muzyce w wykonaniu morawskiej kapeli ludowej „Rivus”, która zagrała nie tylko znane morawskie utwory, ale także – jako że spotkanie odbywało się w drugą niedzielę Adwentu – kilka ludowych pieśni adwentowych.

Jacek Sikora, GL
12. 12. 2006



 

„ANGELUS“ to anioł

W Śląskim Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie odbyło się 10 grudnia kolejne spotkanie w „Kawiarni AVION, której nie ma...”. Głównym celem spotkania był zaś chrzest najnowszego polsko-czeskiego tomiku wierszy założycielki tej poetyckiej kawiarenki, Renaty Putzlacher. W dzień później poetka ochrzciła swój zbiorek także w Pradze, w klubie teatru „Černá labuť”, w ramach wieczoru pn. „Terra Interculturalis”. Po powrocie ze stolicy wyjechała do Domu Żwirki i Wigury w Cierlicku Kościelcu, gdzie czytała swoje wiersze, także z „Angelusa”, na spotkaniu Klubu Wspaniałych Mężczyzn bez Latających Maszyn. Przed tym ostatnim spotkaniem R. Putzlacher udzieliła też wywiadu naszej gazecie.

 

 Dlaczego „Angelus”, czyli „Anioł”?

Sama się nad tym długo i poważnie zastanawiałam... Chyba zaczęło się od mojej kolekcji aniołów. Tu, w cieszyńskim domu, koło kominka, stoi anioł Bronka Procnera – nasz anioł domowy. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy robiłam z ekipą Telewizji Wrocław kolejny program dotyczący Zaolzia (tzn. byłam ich przewodniczką i pomagałam w kwestiach merytorycznych) odwiedziliśmy wówczas Bronka Procnera. I zachwyciłam się wtedy tym jego aniołkiem – „beskidziołkiem”. I właśnie to, że stał przy wejściu do domu jego twórcy jako taki anioł domowego ogniska, zadecydowało. Zapytałam pana Bronka, czy byłby w stanie się z nim rozstać, a on się ociągał, był bowiem do niego bardzo przywiązany. Dopiero gdy mu powiedziałam, że mam małą córeczkę Agnieszkę i chciałabym jej kiedyś tego aniołka przekazać, by miała pamiątkę z Beskidów i Śląska Cieszyńskiego, wtedy dopiero pan Procner się zgodził. No i to był pierwszy anioł z mojego zbioru.

Następnym jest obraz Bronka Liberdy, który widziałam na jego wystawie w Karwinie. Pamiętam, że usiedliśmy na chwilę po wernisażu z Bronkiem i jego przyjaciółmi z Trójkąta Bermudzkiego, przyjemnie sobie rozmawialiśmy, a obrazy świeciły – bo obrazy Bronka zawsze pięknie fosforyzują, kiedy zapada zmierzch. No i zobaczyłam jeden obraz w zielonych kolorach, bardzo mi się spodobał i wpłynął na mnie tak, że usiadłam i napisałam wiersz pt. „Kolos zaolziański”. No i Bronek miał gest, bo po opublikowaniu tego wiersza podarował mi swojego „Kolosa”. I dopiero kiedy ten obraz u mnie zawisnął, zauważyłam, że ów kolos ma skrzydełka. Więc najpierw napisałam wiersz o kolosie, o górach, o naszej ziemi, a dopiero później stwierdziłam, że ten kolos jest kruchy właśnie przez fakt posiadania skrzydeł. I o ile aniołek Procnera pilnuje naszego ogniska domowego w Cieszynie, gdzie wracamy co miesiąc i w każde święta, to obraz Bronka Liberdy jest ze mną w Brnie.

No i takich aniołków mam w obu domach mnóstwo...

 

Czy nie mogło mieć wpływ na powstanie „anielskiego” tomiku także to, że grałaś anioła w „Betlejem polskim” Lucjana Rydla w Scenie Polskiej?

A wiesz, że o tej „anielskiej” przygodzie zupełnie zapomniałam? Dawne lata... Wtedy w tym przedstawieniu grali wszyscy, łącznie może nawet ze zwierzętami domowymi, kto tylko był żywy, wchodził na scenę, bo scenariusz wymaga na scenie tłumów. Najpierw byłam dokooptowana do roli góralki, bo wtedy śpiewaliśmy i tańczyliśmy z mężem (również członkiem kapeli) w zespole „Górole”. A anioł wyniknął z tego, że zabrakło aktorek do chórów anielskich. No i w ten sposób śpiewałam w teatrze w roli anioła...

Miłe wspomnienia, ale ten fakt nie miał żadnego wpływu na mój tomik.

 

A nasze wspólne wspomnienie z Brzegu, gdzie braliśmy udział w Najeździe Poetów na Zamek Piastów Śląskich? Nasi koledzy z Brzegu urządzili wówczas piękny spektakl poetycki wprost przy grobie Angelusa Silesiusa, czyli Anioła Ślązaka...

O, to na pewno... Nawet poczułam gęsią skórkę przy tym wspomnieniu... Ta krypta, atmosfera... Nie wiem, jak ty to wtedy odebrałeś, ale ja byłam jeszcze bardzo młoda i błogo nieświadoma. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że byli tacy poeci, że ten Śląsk nie był tak prostym i nieskomplikowanym regionem, jak się niektórym wydaje, że nie był on taki czarno-biały, jak nam starano się wmówić. Ale wiem doskonale, że to przeżycie było ważne w dochodzeniu do dojrzałej świadomości. Chociaż byłam wtedy młoda i nie bardzo byłam pewna, w którym kierunku wyruszę.

Natomiast po trzydziestce to było już świadome poszukiwanie własnych korzeni i badanie śląskich zawiłości, śląskiej problematyki. I wtedy wrócił do mnie Angelus Silesius, w momencie, kiedy przygotowywaliśmy „Cieszyńskie nebe” oraz spektakl o Ondraszku. Zwłaszcza po „Niebie” oczekiwałam ataków ze strony patriotów z obu stron barykady. Staraliśmy się jednak z reżyserem, by spektakl był nieantagonistyczny, żeby nie był szyderczy, wrogi i chyba te kopie udało się stępić. Poza małymi wyjątkami (i to po stronie polskiej) ataków nie było.

Natomiast zaskoczyły mnie reakcje po wystawieniu „Ondraszka – Pana Łysej Góry”. Oczywiście, mogliśmy wziąć z reżyserem Bogdanem Kokotkiem na warsztat „Godki śląskie” i zrobić sympatyczne, wesolutkie przedstawienie dla dzieci, młodzieży, babć i dziadków. Nam jednak nie o to chodziło. Byliśmy ze współscenarzystą i autorem muzyki Tomášem Kočką, już na tyle nabuzowani, na tyle pewni, że spektakl powinien poruszyć tematy, które nie były do roku 1989 artykułowane, że w końcu padła decyzja, by zająć się również skomplikowanymi sprawami wyznaniowymi.

 

Zwłaszcza że czasy Ondraszka były epoką kontrreformacji i walk wyznaniowych…

Sporo o tych czasach czytałam, studiowałam i jedną z postaci, które musiały na mnie wpłynąć, był Angelus Silesius, który zmarł na trzy lata przed urodzeniem historycznego Ondraszka. Jan Scheffler, pierwotnie luteranin, nawrócił się na katolicyzm i w czasie bierzmowania przyjął imię Jana Anioła (Johannes Angelus). Jako autor „Cherubowego Wędrowca” stał się również katolickim poetą-mistykiem, co wywołało niemałe poruszenie w protestanckim Wrocławiu. Zwłaszcza, kiedy twierdzono, że „Wandersmanna” podyktowali mu aniołowie. Zainteresowało mnie to, że na Śląsku można być przez pół życia ewangelikiem, mistykiem, a po przejściu na katolicyzm przyjąć święcenia kapłańskie i stać się gorliwym kontrreformatorem. I co najciekawsze – pomimo spektakularnej konwersji utwory Angelusa były popularne także wśród protestantów.

Angelus Silesius i jego tłumaczone na język polski przez samego Mickiewicza dwuwierszowe aforyzmy i sonety wpłynęły również na to, że zaczęłam pisać krótsze wiersze. Kiedyś w mojej poezji było bardzo wiele słów, a Angelus pomógł mi się wyciszyć. No i przede wszystkim w jego uniwersalistycznej poezji jest bardzo dużo miłości bliźniego swego. W czasie lektury doszłam do tego, o czym byłam zawsze przekonana: jeśli mam kogoś oceniać, na pierwszym miejscu musi być pytanie – na ile ten ktoś jest człowiekiem. Ludzkość moich rozmówców czy współpracowników była zawsze dla mnie najważniejsza, a dopiero potem pytałam o wyznanie, narodowość czy przekonania polityczne. Wielu bowiem ortodoksyjnych wyznawców takiego czy innego systemu jest czasami głęboko nieludzkich. Wiem to z własnych doświadczeń – jestem praktykująca od dziecka, a w czasach komunizmu, jak wiemy, nie było łatwo. Od dziecka zatem poznawałam dwulicowość ludzi. Później zaś dostrzegłam, że fanatyczni wyznawcy jednego systemu potrafią w ciągu jednej nocy (mówiąc „po naszymu”) „zmienić kabot”, przekonania i równie gorliwie wyznawać innego boga lub złotego cielca.

I o tym też jest mój zbiorek. Patrzenie na Angelusa Silesiusa, który też przecież zmienił swoje poglądy, natomiast potrafił zrobić to w sposób głęboki. Wierzę w głęboką konwersję tego człowieka. Natomiast wiele osób, które prześladowały nas kiedyś za to, że chodzimy do kościoła i na lekcje religii, po 1989 roku widziałam potem w chórach kościelnych i na czele procesji. Nie mam nic przeciwko nawróceniom, gdyby tylko tak głośno nie krzyczeli.

Przeraziły mnie również ataki, jaki pojawiły się po „Ondraszku” czy w związku z moim felietonem dotyczącym papieża. Autorki tych tekstów panowie Witkacy i Gombrowicz na pewno nazwaliby „ciotkami kulturalnymi”. Naprawdę byłam przerażona brakiem zrozumienia moich intencji, bo np. w tamtym felietonie wyraziłam tylko swoje głębokie przekonanie, że kiedy ktoś wielki umiera, należy pozwolić mu godnie odejść i nie robić z jego śmierci medialnego wydarzenia, które dobrze się sprzedaje. Okazało się jednak, że wiele osób starało się upiec swoją pieczeń przy tej okazji, więc i mnie się dostało...

To były doświadczenia, które zawarłam w moim nowym zbiorku. Musiałam się z tego wszystkiego po prostu wypisać, musiałam w jakiś sposób zająć stanowisko. I stąd ten anioł – jako symbol: Anioł Stróż, jako istota duchowa, a czasami też anioł strącony. Nie chodziło mi o tworzenie prywatnej angelologii, po prostu anioł był dla mnie ważnym motywem. A że napisałam w swoim czasie „Niebo”, anioły siłą rzeczy musiały się pojawić. Natomiast na pewno – w związku ze skojarzeniami i licznymi pytaniami widzów czekających na dalszą część spektaklu – nie posunę się w kierunku pisania o lokalnym piekle, bo piekło jako temat mnie nie interesuje.

 

Mówiłaś też na spotkaniu, że jest to tomik nostalgiczny, retrospektywny, a przede wszystkim o Twoim powrocie w Beskidy. Wspominałaś zresztą już o tym, jak śpiewałaś w „Górolach”. Nie tęsknisz w Brnie za górami?

Przez całe moje dzieciństwo byłam typowym dzieckiem z osiedla. Ale wszystkie soboty i niedziele spędzaliśmy u babci ze strony matki w podskoczowskiej wsi Międzyświeć, gdzie te Beskidy są troszeczkę w dali. Natomiast babcia ze strony ojca mieszkała pod Małą Czantorią, między Ustroniem i Wisłą, czyli w Beskidach. I tam w tych pięknych kulisach spędzaliśmy z braćmi każde wakacje i traktowaliśmy te góry jako naturalne tło. Dlatego do dziś źle się czuję na terenach nizinnych. Kiedy jadę pociągiem do Brna, wiem, że na Hanej jest pięknie – te pola malowane zbożem rozmaitem – ale cieszę się, gdy krajobraz zaczyna się trochę fałdować.

I dlatego kiedy wybieraliśmy miejsce, gdzie będziemy w Brnie mieszkać, zadecydował widok z okna. Widzę stąd bowiem całą piękną pofalowaną panoramę – wzgórza, górki, Palackiego Wrch itp. Przed laty, kiedy poszłam na studia do Krakowa, siłą rzeczy stałam się osobą miejską. Teraz, kiedy mieszkam w Brnie, również nią w pewnym sensie jestem. Ale góry są mi wciąż potrzebne, wciąż do nich tęsknię.

Zresztą uważam, że do gór się dorasta. To jest jak gdyby mój drugi powrót, taki świadomy. Bo kiedyś to były tylko kulisy, miejsca oswojone i rodzinne. Kiedy poumierali moi dziadkowie, powroty stają są bolesne, skłaniają do refleksji. Ludzie odchodzą, a góry trwają. Stąd ta nostalgia, powroty do korzeni. W moim zbiorku chciałam ogarnąć Beskidy jeszcze raz, jako osoba dorosła – nie tylko jako miejsce wędrówek, ale również poprzez historię i podania, stare przewodniki turystyczne i widokówki, których jestem namiętną zbieraczką. Chciałam te góry zobaczyć już nie jako kraj lat dziecinnych, ale spojrzeć na nie oczami świadomej, dojrzałej osoby.

 

Otoczyłaś się przy chrzcie „Angelusa” przyjaciółmi: Radovan Lipus (tłumacz Twoich wierszy),Tomáš Kočko, Petr Hruška, Ewa Gołębiowska... To wszystko ludzie sporo znaczący nie tylko w naszym regionie, ale w całej Polsce czy Czechach.

Zastanawiałam się bardzo długo nad tym, kogo wybrać na patronów i chrzestnych „Angelusa”. Chciałam, żeby to byli ludzie, z którymi przez ostatnie lata najbliżej współpracowałam. Uważam, że to jest logiczne i w porządku, ponieważ oni czasem nie zdają sobie nawet sprawy, że byli inspiracją do wielu przemyśleń, które starałam się w moich wierszach umieścić.

 Ktoś mógłby zapytać, dlaczego nie zachowałam pewnej proporcjonalności między narodowościami... Ale mnie takie podziały nie interesują – wykłócanie się o ilość, procenty. Jak pomyślę, ile na tym spotkaniu zabrzmiało zdań w języku polskim z ust moich czeskich (a raczej morawskich i śląskich) przyjaciół, to jestem z nich dumna. Radovan przez cały czas mówił po polsku, Tomáš śpiewał po polsku. I nie były to z ich strony tanie ani puste gesty. Wiem, że oni nie są nacjonalistami, to są ludzie otwarci. I dlatego właśnie są moimi przyjaciółmi. Bo nie wyobrażam sobie, żebym mogła się otworzyć wobec kogoś, kto jest pozamykany na innych ludzi, na inne wartości. A moi przyjaciele są ludźmi bez barykad w sobie. Nie mogłabym chyba zrealizować takich pomysłów, jak np. „Cieszyńskie nebe”, z ludźmi, którzy by się wykłócali o liczbę słów w jednym albo drugim języku. To bardzo tolerancyjni, inspirujący i twórczy artyści. A przede wszystkim są lokalnymi patriotami, pomimo że są znani także poza granicami regionu.

 Uważam, że to jest kwestia generacyjna. Nasza generacja jest tą, która próbuje zatrzeć te wszystkie ostrza, nieprzyjemne zręby. Cały ten balast, którym obarczyła nas historia. A po nas przejmą ster młodzi, którzy będą już rozmawiali bez nienawiści i zastrzeżeń, bez uprzedzeń, które pojawiają się jeszcze zanim podamy sobie ręce. Zgoda buduje, a szable i zbroje trzeba schować do lamusa, żeby dzieci znów nie zaczęły się nimi bawić…

Rozmawiał: Jacek Sikora,GL
27. 12. 2006

 

Benefis Władysława Sikory

Z piosenką, wierszem, wspomnieniem minął piątkowy benefis zaolziańskiego poety Władysława Sikory, który w tym roku obchodził swoje 75. urodziny. „Dinozaury wracają do dziupli” – pod takim hasłem odbył się benefis, zorganizowany w reaktywowanym niedawno przez młodych działaczy Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej klubie „Dziupla”. Jak wyjaśniła prowadząca benefis (a zarazem jego reżyserka) Renata Putzlacher, dinozaury to wszyscy, którzy nie czują się już członkami Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej. Spotkali się w więc w piątkowy wieczór przyjaciele, znajomi poety, artyści, osoby związane kiedyś z „Dziuplą”. Między piosenkami, śpiewanymi przez aktorów Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego, przeplatały się wiersze poety – te dobrze zapamiętane, ulubione,  i te przypominające się w najmniej oczekiwanym momencie, ale i proza – fragmenty „Ojcowizny” czytał Karol Suszka. Były i wspomnienia – o Władysławie Sikorze, ale i o dawnej „Dziupli” i kawiarni „Avion”. Na pianinie zagrał, tak jak i na pierwszej kawiarni „Avion”, Bronisław Liberda.

 

Nestor zaolziańskich poetów pochodzi z Boconowic, dlatego nie zabrakło góralskich akcentów, nie tylko w piosence, ale i scenografii, na której pojawiły się „beskidziołki” Bronisława Procnera, tak często przywoływane w twórczości Sikory. Renata Putzlacher nazwała Władysława Sikorę poetą „korzennym” – wracającym w swojej twórczości do korzeni, miejsca, z którego pochodzi. Przypominając jego zbiory – Próg, Lato czy Wielokropki, powiedziała, że czas na kolejny zbiór.  Benefis zakończono na wesoło – „rozrywkową” wersją „Szumi jawor, szumi”, utworem Sikory „Śliwowica” i... miodulą. I tak dinozaury powróciły do „Dziupli”, goszcząc tam pewnie nie po raz ostatni – taką nadzieję wyrazili młodzi gospodarze klubu.

 Elżbieta Przyczko, GL
19. 9. 2008


 

AVION – kavárna, která byla, není a zase bude aneb O hledání ztracené atmosféry

Kavárna, která stála v letech 1933-39 na rozhraní Českého a Polského Těšína, ožívá v písních a básních Renaty Putzlacher, Zbyška Siwka a Jarka Nohavici. V kavárně Avion, která není, se vzpomínky a sny mění ve skutečnost. Připravila Marina Feltlová. Účinkují Alena Sasínová-Polarczyk, Miroslav Rataj a Renata Putzlacher, která má také režii.

20:00-22:00 , ČRo 3 – Vltava
26. 6. 2009

 http://www.rozhlas.cz/vltava/dokument/_zprava/595082

 
 

AVION – kawiarnia, której niby „nie ma...“ już od trzynastu lat

 

Avion Fest, który odbył się w ubiegłą sobotę w Klubie „Dziupla” w Czeskim Cieszynie, był już 50. wieczorem w literackiej „Kawiarni AVION, której nie ma...”. Utworzyła ją w 1996 roku dwójka artystów: poetka Renata Putzlacher i bard Jaromír Nohavica. Mieszkająca obecnie w Brnie poetka jest gospodarzem kawiarenki do dziś. A pozostał AVION-owi wierny także „Głos Ludu”, naszej gazety nie zabrakło chyba na żadnym spotkaniu kawiarni, której niby „nie ma...”.

 

Jak oceniasz tę trzynastoletnią przygodę z AVION-em?

Na samym początku, w roku 1996, kiedy odbyło się pierwsze spotkanie w Klubie Teatralnym Teatru Cieszyńskiego, przez myśl by mi nawet nie przeszło, że ta przygoda będzie trwała tak długo. Myślałam, że ta inicjatywa będzie kolejną efemerydą. W dodatku po takim dużym wejściu, kiedy spotkania w AVION-ie odbywały się co miesiąc i były hucznie odwiedzane, mąż Jurek oznajmił mi, że ma propozycję objęcia ważnej funkcji w Brnie i musiałam się przeprowadzić na Morawy. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak wówczas mogłam się zdecydować na tak ważny krok. Ale wyjechałam i z początku myślałam, że będą musiała skończyć z tą kawiarenką. W Brnie uświadomiłam sobie jednak, że ta przygoda nie może się skończyć, że muszę ją utrzymać. I kiedy teraz patrzę z perspektywy lat, uświadamiam sobie, że ten dystans był potrzebny zarówno mnie, jak i AVION-owi. Bo tęsknota jest inspirująca.

Właśnie w Brnie, kiedy patrzyłam na mój Cieszyn z daleka, miasto nabierało dla mnie kolorów. Może nie różowych, ale pojawił się sentyment. Pocztówki z widokami Cieszyna, które zawsze zbierałam, stały się nagle punktem zaczepienia, momentem inspiracji. Zaczęłam tworzyć programy o Żydach cieszyńskich, o świecie, którego już nie ma, o ludziach, którzy odeszli. Okazało się też, że AVION nie musi być związany tylko z teatrem, że może być kawiarnią wędrującą. Stąd program o Wiesławie Adamie Bergerze w „Strzelnicy” czy przygotowany wspólnie z poetą Bogdanem Trojakiem program „Genius loci (geniusz loce?) Śląska”, który był wystawiany w Brnie, Pradze... Dzięki piosenkom żydowskim wyjechaliśmy też do Warszawy, gdzie zdobyliśmy nawet nagrodę na festiwalu pieśni żydowskiej.

Ten model się sprawdził. A żeby nie stagnować, żeby wciąż nie było to to samo, pomyśleliśmy nawet o wydawaniu tomików młodych poetów. AVION to zatem nie tylko spotkania w kawiarence literackiej. Ale te spotkania i tak postanowiłam w przeddzień ostatniego Avion Festu podliczyć. Okazało się, że chodzi o pięćdziesiąty już wieczór. Ponieważ zaś stwierdziłam, że w moim życiu nie ma przypadków, uznałam, że chodzi o zamknięcie pewnego etapu. Pół setki AVION-ów za nami, kawiarnia przy moście Przyjaźni rośnie, mam więc nadzieję, że w przyszłym roku ruszy nowy etap w życiu kawiarenki.

 

Tych etapów w historii AVION-u było już zresztą kilka... Pierwszy to wieczory kameralne, kolejny – duże programy na scenie Teatru Cieszyńskiego, wreszcie powrót do bardziej kameralnej formy Avion Festów.

Wszystko zawsze zależało od pieniędzy. Jeśli było ich pod dostatkiem, żeby zrealizować program na dużej scenie, tworzyliśmy takie. Wspólnie z Kongresem Polaków przygotowaliśmy, na przykład, w sali teatru promocję pierwszej naszej płyty, którą nagraliśmy ze Zbyszkiem Siwkiem. Druga sprawa to fakt, że w pewnym momencie zaczęło mi być za ciasno w tym małym Klubie Teatralnym. Chciałam też, żeby widz siedział bardziej komfortowo, w wygodnym fotelu, a nie w lokalu bez klimatyzacji, często nawet tyłem do sceny. Stąd spotkania w sali lub Dużej Galerii Teatru Cieszyńskiego. Ale każdy lubi inne klimaty. Stąd, na przykład, zgodziłam się, by teraz ostatni wieczór odbył się w „Dziupli”, gdzie dobrze czują się muzycy, którzy występują ze mną w tym programie.

Na początku AVION-u stał Jaromír Nohavica, który był ojcem duchowym kawiarenki. Zawsze pojawiali się też aktorzy Teatru Cieszyńskiego. Jacy inni ludzie związani byli z AVION-em?

Na początku byli to, na przykład, Láďa Hoskovec – skrzypek z Frydku-Mistku, Bronisław Liberda – muzyk i plastyk. Od samego początku współpracuje ze mną aktorka Lenka Pešák. Z pierwszej obsady na pewno warto przypomnieć Basię Szotek, Piotra Zawadzkiego, Andrzeja Rozmusa. Później doszedł Zbyszek Siwek, który zaczął pisać muzykę do moich wierszy, i pojawili się aktorzy śpiewający: Urszula Niedoba-Szczepaniak, a przede wszystkim Małgosia Pikus. W pierwszym roku AVION-u pojawili się na scenie także goście z Polski – znany poeta i „tischnerolog” Wojciech Bonowicz z Krakowa czy mieszkający w Warszawie poeta irański Hatif al-Janabi. Był zaolziański poeta Bogdan Trojak, dorastał z AVION-em Darek Jedzok... Ciekawe było spotkanie, kiedy pojawili się muzycy z legendarnej czeskiej kapeli Nerez lub lider zespołu Kryštof, Richard Krajčo, a także Radovan Lipus i David Vávra, czyli twórcy głośnego cyklu telewizyjnego „Šumná města”. Długo by można wymieniać...

 

To dzięki współpracy z Lipusem, a przede wszystkim Nohavicą, zrodził się później najpopularniejszy ostatnio spektakl Teatru Cieszyńskiego, „Těšínské niebo...”

Tak, bo w jednej z rozmów z Radkiem Lipusem, kiedy już było wiadomo, że to on będzie reżyserem tego przedstawienia, przekonałam, go, że warto by wykorzystać w nim poetykę tego, co robił on w „Szumnych miastach”. On z kolei sugerował, żeby na scenie wykorzystać też pomysły z AVION-owskich spotkań, bo oglądało je niewielu raczej ludzi. Zgodziłam się Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, chociaż niektóre osoby później myślały, że się powielamy, powtarzamy, bo nie mamy pomysłów. Ale nie o to chodziło, a o to, żeby większemu gronu widzów pokazać, to, co mamy do zaproponowania.

 

AVION ostatnimi laty sprowadza do dorocznego Avion Festu. Tegoroczny jest już chyba szósty?

Tak się dzieje dlatego, że jestem ostatnio bardzo zajętą osobą. Stąd przez cały rok zbieram pomysły, ciekawych ludzi, a później pokazuję to, co warto zaprezentować. Druga sprawa to fakt, że Zbyszek Siwek już nie ma tyle czasu, by tworzyć do spektakli muzykę. Musiałam zatem pomyśleć o nowej formule i zapraszaniu gości. Nie robimy już teraz autorskich programów. Ale w związku z tą pięćdziesiątką AVION-u i tym, że Zbyszek też będzie obchodził w przyszłym roku abrahamowiny, planujemy zorganizować koncert, na którym przypomnimy piosenki z obu naszych AVION-owskich płyt.

 

Ten przyszły rok będzie dla AVION-u rokiem zmian. Przede wszystkim ma być otwarty budynek wielofunkcyjny AVION przy moście Przyjaźni. Tam przeniesie się także twoja kawiarenka?

Cieszę się, że władze Czeskiego Cieszyna, architekt Czesław Mendrek i ludzie związani z tym projektem współpracują z Towarzystwem AVION. Zwrócili się do nas z propozycją udziału w zebraniach. Od początku zatem przyglądam się temu, co rośnie nad Olzą. Czesław zaproponował też, żebym weszła do ekipy, która opracuje projekt wnętrza tego budynku, żeby nawiązać w pewien sposób do przedwojennej kawiarni AVION. Dużo nad tym pracujemy.

 Padła już też propozycja, żebyśmy niektóre programy prezentowali właśnie w nowym budynku. Już o tym myślę, mam pomysł na kilka zupełnie nowych spotkań. Przez cały czas jednak nie odstępuję od tej reguły, że AVION jest kawiarnią wędrującą. Zresztą budynek wielofunkcyjny przy Olzie i tak nie będzie już tym lokalem sprzed II wojny światowej, tamtej kawiarni już rzeczywiście „nie ma...”. To już tylko wspomnienie i nawiązanie do czegoś sprzed lat. A ja chciałabym, żeby mój AVION, nie wiązał się z jakimś budynkiem, żeby trwał trochę w powietrzu, wędrował. Tak, jak to ta „kawiarnia, której nie ma...”, robiła przez ostatnie trzynaście lat.

 Rozmawiał: Jacek Sikora, GL
24. 10. 2009

 

 

   
 
   
 

 

powrót na stronę główną / zpět na hlavní stránku